czwartek, 16 lutego 2017

Cienie Przeszłości

/// Cześć, kilka słów wstępu - wyjątkowo, bo zwykle odzywam się na dole - to jest one-shot na zimowy konkurs, którego wyników na razie się nie doczekaliśmy, ale ja i tak wrzucę swoje opowiadanie, bo nie chce mi się już czekać. To po pierwsze. Po drugie - jeśli zamierzasz czytasz, ostrzegam, że ten byk ma 13 stron. Polecam rozłożyć to sobie na dwa kawałki, aczkolwiek jeśli masz ochotę i chwilę, polecam przeczytać jednym ciągiem. Po trzecie - chciałam jakoś połączyć opko z Gwiazdogrodem, więc akcja rozgrywa się w Glorin - państwie obok Księstwa Gwiazdy. 
Szczerze tekst nie uważam za wybitny, ale może kogoś zmotywuje do działania w trudnych chwilach. Zapraszam :) \\\

~ ~ ~

W górach są najpiękniejsze widoki.
Perys widzi całe miasto Alfos. Jest białe. Wszędzie pada śnieg. W domach palą się ciepłe światła. Całość wygląda jak zamrożony w chwili rój świetlików.
Chłopak stoi na szczycie najwyższej góry kraju – Alsmith. Upadek z takiej wysokości byłby pewną śmiercią. Miejsce to jest otoczone małymi pagórkami, na których rośnie mnóstwo krzaków i drzew. Perys bierze głęboki wdech, rozkoszując się zimnem wpływającym do jego piersi. Zamyka oczy. Świat wokół niego jest ogromny. Jest jeszcze tyle gór, które musi zdobyć. Wolność, jaką czuje, wypełnia go całkowicie, wymusza uśmiech. Alsmith była ciężkim wyzwaniem, a jednak mu podołał. Czemu zawsze wspina się o ciemnych porach? Kiedy widoki są prawie niewidoczne?
Bo nigdy nie chodziło mu o widoki.
Chodziło o siłę, o tę chwilę, w której jedynym, co chce się zrobić, to spojrzenie przed siebie.
Perys widzi tuż obok siebie wybrzuszenie skały – zaśnieżone i oblodzone. Kusi go.
Jest na szczycie, a jednak może być wyżej.
Chłopak nie opiera się temu. Pokaże wszystkim, że może.
Widzi dwa warkocze, złośliwy uśmiech, czerwoną jedynkę, uniesiony palec, mokrą od łez kartkę i okrągłe, zbite okulary.
Zaciska pięści. W oczach ma determinację.
Jest wysoko. Ale pokaże wszystkim, że może być wyżej. Nie dostrzega, że zaszedł daleko. Widzi, że może być dalej.
Wyciąga przed siebie nogę, czuje chłód w kościach, zimno wiatru, śnieg na skórze. Chwyta dłonią lodowatej wypustki w skale – podpiera się, odbija i uderza brodą o ścianę. Słyszy zgrzyt, ignoruje drżenie kończyn, zaciska drugą rękę na krawędzi. Skacze, prostuje ręce, napręża mięśnie i widzi lód. Zamyka na chwilę oczy. Wychyla się, kładzie tors na oblodzonym podłożu. Jest.
Powoli wstaje, widząc, jak dygocą mu kolana – uśmiech sam wychodzi mu na twarz. Słyszy swój własny, zagłuszany przez wiatr, śmiech.
–Jestem najwyżej! – wrzeszczy w przestrzeń, przerywając na chwilę radosną czkawkę. – Widzicie mnie?! Bogowie! – odchyla głowę, widzi śnieg padający na niego z nieba, czuje, jak wpada mu za kołnierz, do buzi i oczu. – Jestem wyżej od was! Wyrywam się, to ja! Perys! – łzy same popłynęły. To uczucie, które nim zawładnęło, było nie do opisania – chłopak nie nazwałby go szczęściem, ale też nie smutkiem. Był jak ptak, który uwolnił się z klatki.
Po kilku chwilach rozpościera ramiona, wolno i niepewnie. Czuje śnieg, coraz gęstszy, i zimno, coraz mocniejsze. Słyszy świst. Wiatr go zabrał.
Myślał, że jest mu wszystko jedno, czy zginie, czy nie – sądził, że nie ma nic do stracenia i nikt za nim nie zapłacze. Jednak w tej chwili poczucie wszechobecnej wolności zniknęło, zastąpione piekielnym niepokojem.
Stopa sama mu się ześlizgnęła. Uderza plecami o skałę. Widzi gwiazdy. Żołądek podchodzi mu do gardła, serce bije dwa razy szybciej.
Przez moment krótszy od sekundy czuje nieważkość, a potem zabiera go ciemność. Dłońmi poszukuje krawędzi skały, jednak łapie powietrze – musi się odwrócić. Łokciem uderza z impetem w ścianę Alsmith, wyciąga rękę, szukając wypustki. Przed oczami ma śmierć.
Spogląda w dół. Zanim zobaczy ostry szpikulec skalny pod sobą, jego wyobraźnia uderza go, pokazując drobną sylwetkę spadającą w przepaść obok góry Alsmith. Widzi siebie, jakby Bóg zesłał mu obraz, który on ogląda z oddali. Czuje się mały, nic nieznaczący i drobny. Takich spadających z wysokości samobójców jest tysiące, i każdy z nich jest jak mała kropelka wody wpadająca w morze innych – takich samych.
Zobaczył ją. Skałę, wypiętą ostrym końcem w jego kierunku, wystającą z płaskiej ściany Alsmith. Słyszy świst powietrza. To tylko sekundy.
Dociera do niego, że udało mu się odepchnąć od ściany i chwycić kolec. Wisi. Nad przepaścią. Góra jest taka wysoka. Między nim a ziemią jest jeszcze duża odległość. Za duża.
Perys uspokaja się, zamyka na chwilę oczy, po czym otwiera je i rozgląda się.
Choć niewiele widać przez wirujący na wietrze śnieg, chłopak dostrzega obok siebie wybrzuszenie w skale, wystarczająco duże, by wyrosło na nim małe drzewko i krzak. Bez wahania przeskakuje na nie. Wylądował na samej krawędzi – traci równowagę, znowu spada. Okazuje się jednak, że wypustka była w rzeczywistości stabilnym podłożem należącym już do ziemi – u podnóża Alsmith było mnóstwo małych górek złączonych ze sobą. Natrafił na najwyższą. Teraz chłopak toczy się chwilę po lodzie, po czym natrafia na kamień wystający z górki. Uderza w niego brzuchem, czuje ból – próbuje okręcić się na plecy, jednak kamień okazuje się zbyt mały na ten manewr. Perys znów spada kilka metrów, ląduje na kolejnej, niższej górce, uderzając w nią lewą nogą z ogromnym impetem – słyszy trzask łamanej kości.
Stąd toczy się kilka metrów w dół, nic już nie widząc prócz ciemności i gwiazd. Kiedy jego ciało zatrzymuje się, czuje dookoła siebie tysiąc igieł i przez sekundę czuje zapach świerku. Potem słyszy, jak gałęzie łamią się pod jego ciężarem, a on upada na ziemię. Płaską, stabliną. Otwiera oczy.
Stwierdza, że wylądował za czyimś domem w ogrodzie – stoi tu szopa i kilka drzew, dookoła leżą grabie, łopata i inne narzędzia. Cały ogród wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Panował tu taki chaos, że Perys zapamiętał tylko to jedno – to był najgorszy bałagan, jaki w życiu widział.
Potem widok zasłoniła mu ciemność.

~ ~ ~
1.

Chłopiec wpatrywał się w ciemne niebo. Była dopiero dwudziesta pierwsza. Rion zawsze wolał lato od zimy, która kojarzyła mu się z obumieraniem wszystkiego dokoła. Balkon, na którym stał, był szeroki, i prócz niego zajęło już na nim miejsca mnóstwo ludzi – głównie par – czekających na północ. Był tak wysoko. Sięgnął językiem do słomki i wysiorbał resztki oranżady. Opierał się o barierkę dzielącą go od przepaści. Pod nim rozciągało się pięknie oświetlone miasto Alfos.
Mimo starannie założonej czapki, niesforny kosmyk białych włosów wymsknął się spod materiału. A intensywnie czerwonych, świecących delikatnie w ciemności oczu nie był w stanie ukryć. Tak samo nienaturalnie bladej skóry. Jego matka pochodziła z Klovel – odziedziczył po niej wygląd zewnętrzny. Rion przeprowadził się do Glorin pięć lat temu.
Patrzył przed siebie. Myślał tylko o jednym – jak się nie wyróżniać? I czemu to akurat on musi wyglądać jak mutant?
–Mamusiu, czemu on ma takie dziwne oczy? – usłyszał głos małej dziewczynki obok siebie. Odwrócił głowę. Zobaczył pulchne dziecko w żółtej sukience, o dużych, niebieskich oczach i brązowych włosach splecionych w dwa warkoczyki. Patrzyła na niego z zaciekawieniem. Jakby podziwiała obiekt badań albo dziwne żyjątko pod mikroskopem. A nie, jakby spoglądała na człowieka.
Jej mama, stojąca tuż obok, uśmiechnęła się ze skrępowaniem.
–Złotko, nie mów tak... – po czym obydwie odwróciły się od niego. Kobieta coś tłumaczyła dziewczynce, gestykulując z zapałem.
Rion oderwał ręce od barierki i odwrócił się na pięcie. Ruszył w kierunku wejścia do galerii. Czuł napierający na jego serce ucisk w klatce piersiowej, słyszał krzyk w głowie. Jesteś inny. Jesteś odmieńcem.
Wyrzucił papierowy, kolorowy kubek po oranżadzie do kosza na śmieci. Galeria handlowa była pełna ludzi, którzy kupowali zapasy na świętowanie nowego roku na ostatnią chwilę – były to głównie otyłe panie w średnim wieku. Dwóch na oko pięcioletnich chłopców wybiegło ze sklepu, a za nimi rzuciła się w pogoń siwa kobieta. Ze sklepu z bielizną wyszła zadowolona z zakupu młoda dziewczyna o długich, jasnych włosach. Na fotelu nieopodal siedziało małżeństwo w średnim wieku, patrzące na siebie maślanymi oczami.
Rion tak się zamyślił, że dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że ktoś stuka go w plecy.
–Dzień dobry, chłopcze – usłyszał męski głos. Odwrócił się i spojrzał w oczy ochroniarzowi galerii. Mężczyzna do garnituru miał przyczepiony identyfikator – Tiggs Mircell.
–Dzień dobry – powiedział bez strachu chłopiec. Podejrzewał, że ochroniarz chce zawiadomić go o pokazie fajerwerków, który odbędzie się o północy, albo że wrzucił kubek po oranżadzie do złego pojemnika...
–Gdzie są twoi rodzice? – zapytał niespodziewanie ochroniarz.
Rion poczuł, jak pocą mu się ręce.
–Eee... gdzieś... blisko – wydukał, wiedząc, że powiedział coś kompletnie pozbawionego sensu.
–Tak? A ile masz lat? – pochylił się nad nim mężczyzna. Rion zbladł. Przypomniał sobie, jak wyglądał, gdy spoglądał dziś rano w lustro – czyli wtedy, gdy szykował się do ucieczki. Przez założoną czapkę wyglądał na młodszego o co najmniej dwa lata, a niski wzrost odejmował mu jeszcze rok. Na dodatek miał na sobie puchową, dziecięcą kurtkę, która ciągle była na niego dobra, mimo że kupiła ją mu mama na jego dwunaste urodziny.
Przełknął ślinę.
–Piętnaście – zaryzykował, mówiąc prawdę.
–Tak? W takim razie pokaż legitymację.
–N-nie mam przy sobie... – jego własny głos zdawał mu się piskliwy i dziecięcy. Zacisnął zęby.
–Bo jak dla mnie, mały, masz jakieś dwanaście lat. I powinieneś być pod opieką rodziców. Takie małe brzdące jak ty nie bawią się w sylwestra poza domem – ochroniarz miał miły uśmiech, jednak Rion patrzył na niego ze zgrozą.
–Eee... – rozejrzał się. Wzrok padł na parę, która kilka chwil temu siedziała na fotelu – teraz wolnym krokiem szli w kierunku wyjścia. – Tam są moi rodzice! – krzyknął, po czym podbiegł do zakochanych.
Postukał w ramię mężczyzny. Ten odwrócił się w jego stronę ze zdziwioną miną.
–Dzień dobry – przywitał się ochroniarz. – To państwa zguba?
Para wyglądała na bardzo zaskoczoną. Zbyt zaskoczoną. Rion ledwo powstrzymał się od westchnięcia ze złości. Pewnie ochroniarz już domyślił się kłamstwa.
W końcu odezwała się kobieta.
–Nie, nie znamy tego chłopca – Rion zacisnął zęby jeszcze mocniej. Cholera.
Ochroniarz już przenosił wzrok pełen triumfu ze zdziwionego małżeństwa na chłopaka, jednak tego już tu nie było – zrozumiał, że jedyne, co mu zostało, to ucieczka.
–Hej! – usłyszał za sobą. Nawet się nie odwrócił. Biegł ku wyjściu – na ulicach Alfos chodzi teraz zapewne mnóstwo ludzi. Jego jedyna szansa – zgubić tego upierdliwego ochroniarza w tłumie.
2.

–Co to było? – zapytała staruszka, wlepiając wzrok w okno. Wiedziała, że mówi sama do siebie. Zawsze tak robiła, gdy jej wnuczka była nieobecna – czyli praktycznie ciągle. – Czyżby jakiś kotek albo bezpański piesek?
Babcia nałożyła na siebie kubrak i podeszła bliżej szyby. Na dworze szalała nawałnica – jeszcze przed chwilą było spokojnie, a teraz wiatr wył niemiłosiernie. Na szczęście niewystarczająco głośno, by zagłuszyć dźwięk łamanych gałęzi. Staruszka zmartwiła się lekko drzewem – było to jedyne drzewko w całym ich zabałaganionym ogrodzie. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, było tu mnóstwo kwiatów i roślinności, ale od wielu miesięcy babcia już ledwo chodziła i nie miała sił na podlewanie i dbanie o rośliny. Jej wnuczka natomiast twierdziła, że jest to kompletnie niepotrzebne i byłaby to tylko strata czasu.
Za oknem zobaczyła ludzkie ciało.
Staruszka wrzasnęła i otworzyła drzwi na mały taras na tyłach domu, po czym rzuciła się w kierunku – jak sądziła – zwłok, zapominając o swoich problemach zdrowotnych. Zbliżyła się do nieruchomego ciała i chwyciła leżącą nieopodal łopatę. Stuknęła lekko człowieka. Nie poruszył się. Babcia zidentyfikowała go jako młodego chłopaka w czarnej, grubej kurtce i szerokich spodniach. Była przekonana, że do jej ogrodu spadł trup.
Jednak staruszka nigdy nie była osobą strachliwą.
–A cóż to za truchełko? – mamrotała do siebie, choć nawet nie słyszała swojego głosu przez wiatr. – A to ci dopiero... samobójstwa to dzisiaj na porządku dziennym, pewno rzucił się z naszej małej górki, biedaczysko...
Odrzuciła łopatę. Nie miała wystarczająco dużo siły, by wziąć chłopaka w ramiona, jednak mogła zaciągnąć go za rękę do domu.
–Bezczeszczenie zwłok – mamrotała do siebie, ciągnąc za sobą człowieka. – Przepraszam, młodzieńcze, ale to jedyny sposób...
Gdy stanęła w progu, by odpocząć, główne drzwi naprzeciwko otworzyły się gwałtownie. Do środka weszła zamaszystym krokiem wnuczka staruszki. Gdy zobaczyła swoją babcię stojącą w drzwiach, trzymającą za rękę bladego chłopaka – jak wywnioskowała, trupa – otworzyła szeroko buzię i stanęła jak wryta.
–Oj, wnusiu, to nie tak... – kobieta z zakłopotaniem weszła do środka. – Lepiej mi pomóż, znalazłam go w ogródku. Postaw go na foteliku.
Gdy dziewczyna otrząsnęła się z osłupienia, natychmiast znalazła się przy babci i pomogła jej położyć „truchło” na fotelu obok kominka, w którym trzaskał ogień.
–Co się stało? – zapytała, gdy chłopak leżał bezwładnie na krześle, a jego twarz oświetlał ciepły blask płomyków. Miał łagodne rysy. Jego popękane, sine usta były lekko rozchylone. Włosy koloru mosiądzu były potargane i wzburzone, sterczały w nich patyki, liście i śnieg. Na brodzie miał duże zadrapanie. Delikatny zarost pokrywał jego szczękę, przez co chłopak wyglądał nieco starzej i wnuczka w pierwszej chwili pomyślała, że to dwudziestoparoletni mężczyzna – jednak gdy przyjrzała mu się lepiej, dostrzegła, że jest raczej w jej wieku, czyli osiemnastu lat.
–Siedziałam sobie spokojnie przy kominku, a tu nagle bum, trach i w ogrodzie leży trup.
–Skąd babcia wie, że jest nieżywy? – dziewczyna sięgnęła szyi chłopaka, by sprawdzić mu puls.
–Cóż, najprawdopodobniej zleciał z naszej górki. Inaczej skąd by się znalazł na naszym drzewie?
–Żyje – dziewczyna otworzyła szeroko oczy, po czym spojrzała ze zdziwieniem na babcię. – Jakim cudem?
–Ojejku – staruszka podrapała się w głowę.
–Upadek z Alsmith to pewna śmierć – wnuczka zmarszczyła brwi. – Albo tak naprawdę stamtąd nie spadł, albo miał wyjątkowe szczęście...
–To nie pora, by myśleć, kochanie – staruszka ściągnęła z siebie kubrak, po czym udała się do kuchni. – Zrobię mu herbatki z cukrem.
Dziewczyna zdjęła buty chłopaka – pod nimi miał skarpety w uśmiechające się rysunkowe renifery. Ustawiła jego stopy przed kominkiem, po czym zaczęła rozpinać zaciśnięty na szyi kołnierz. Wtedy chłopak otworzył oczy.
W pierwszej chwili dziewczyna niczego nie zauważyła i dalej zdejmowała mu kurtkę. Dopiero gdy chłopak zamknął usta, zobaczyła kątem oka ruch i natychmiast odskoczyła od niego.
Nic nie mówił. Przyglądał się jej. Miał jasne, niebieskie tęczówki i rozszerzone źrenice. Była to najdziwniejsza chwila w życiu dziewczyny – patrzyli na siebie, jak jej się zdawało, wieczność. W końcu chłopak zamknął ponownie oczy. Wnuczka szybko otrząsnęła się z dziwnego transu i powróciła do rozpinania jego kurtki.
–Kim jesteś? – wymamrotał. Jego pierś unosiła się i upadała wolno. Miał zdarty, niemelodyjny głos.
–Keria Vars – przedstawiła się.
–Nie, nie – chwycił jej dłoń, powstrzymując od zdejmowania kurtki. Wciąż miał zamknięte oczy, a jego ręka była zimna jak sopel lodu. – Kim jesteś?
Dziewczyna nie zrozumiała.
–Mówię przecież – powiedziała, a w jej głosie pojawiła się nuta irytacji. – Keria Vars.
Otworzył na kilka sekund oczy, po czym ponownie je zamknął. Keria odsunęła się od niego, uwalniając się ze słabego uścisku jego ręki. Z kuchni wróciła babcia. W dłoniach trzymała kubek parującej herbaty.
–Co z nim?
–Nic – odparła szybko wnuczka i skrzyżowała ręce na piersi. – Bez sensu mu zrobiłaś tej herbaty, nie wygląda, jakby miał się obudzić.
Babcia, zmartwiona, odłożyła kubek na kominek.
–Miałam nadzieję, że uda ci się go ocucić...
Stały tak kilka chwil w milczeniu, nie wiedząc, co teraz począć. Chłopak westchnął głęboko nagle i otworzył oczy raz jeszcze.
–Och! Całe szczęście! – babcia sięgnęła po kubek i wcisnęła mu do rąk. Ofiara upadku była blada i osłupiała.
–Jak ja żyję? – zapytał intruz, wpatrując się w ciecz. Jego palce stawały się powoli czerwone. Kerię zdziwiło, że nie poparzył się. – Jak?
–Chłopcze, nie wysilaj się zbytnio – babcia uśmiechnęła się serdecznie. – Wypij herbatki i siedź spokojnie.
Młodzieniec westchnął raz jeszcze. Wpatrywał się w kubek jak w hipnozie.
–Która godzina? – zapytał zmęczonym głosem.
–Dziewiętnasta, kochanieńki – odpowiedziała staruszka. – Idę przygotować łóżko – szepnęła do wnuczki i wyszła z salonu.
Chłopak nie wyglądał na zaskoczonego. Jego palce nerwowo gładziły powierzchnię kubka.
–Jestem Perys Aremos – powiedział, spoglądając na Kerię.
Na chwilę zapadła krępująca cisza.
–Jesteś z Hedesu? – zapytała, choć tak naprawdę nie interesowało jej to zbytnio. Jego pochodzenie wywnioskowała z niecodziennie spotykanego imienia.
–Nie – odpowiedział. – Z Radagas.
Była to wyspa blisko Południowego Hedesu.
–Co robiłeś na Alsmith? – pytała dalej Keria. Oparła się o kominek.
Perys uśmiechnął się powoli.
–Byłem... w niebie – odpowiedział. Miał taki dziwny głos, że dziewczyna przez chwilę naprawdę mu wierzyła.
–Gdzie byłeś?
–W niebie – powtórzył.
Keria wywróciła oczami.
Chłopak wypił łyk herbaty, po czym odchylił głowę i oparł ją o fotel. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że marszczy brwi i krzywi się, jakby coś go bolało.
–Co się dzieje? – zapytała.
–Nic – jęknął. – Boli mnie noga...
–Która?
–Lewa.
Przykucnęła obok niego. Odsunęła nogawkę spodni ponad kolano. Na nodze od kolana do kostki rozciągała się krwawa szrama.
–Chyba jest złamana – szepnął Perys.
Dziewczyna bez słowa pobiegła do kuchni. Wróciła po kilku chwilach. Trzymała w dłoniach bandaże i opatrunek oraz zatkaną korkiem fiolkę z jakimś złotym płynem.
–Nie mamy eliksiru regeneracji, ale wypij przynajmniej tę miksturę uśmierzającą ból – powiedziała i kucnęła przy nim. Podała mu do ręki naczynie. Opatrzyła mu ranę. Jej ruchy były sztywne, pozbawione emocji. Czuła na sobie spojrzenie chłopaka. Mimowolnie zaczerwieniła się delikatnie. – Już – wstała jak najszybciej, jak mogła, i wlepiła wzrok w swoje dzieło. – Pewnie masz jakichś znajomych w Alfos, zadzwoń do nich, niech cię odwiozą...
Perys pokręcił głową.
–Dzięki – przerwał jej. – Ale jestem sam.
Keria zdziwiła się.
–A ile masz lat?
–Dziewiętnaście.
Dziewczyna była zaskoczona, że taki młody chłopak podróżuje samotnie. Zwykle w tym wieku ludzie jeżdżą na wakacje z przyjaciółmi.
–Trudno. Wytrwam... – jednak zaciśnięta szczęka chłopaka i cierpienie wypisane na twarzy mówiło co innego.
Keria popatrzyła na pogodę za oknem, zastanawiając się.
–Tu, przy Alsmith, pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie – powiedziała w końcu. – Podejrzewam, że za chwilę ta nawałnica minie. Wtedy pojedziemy do Alfos i kupimy eliksir.
–Dzięki – wyjęczał chłopak.
Keria miała nadzieję, że zdążą wrócić do domu przez północą. Chciała spędzić sylwestra tak jak zawsze – sam na sam z babcią, w domu, przy książce. Dziewczyna nie zauważyła, że staruszce już dawno znużyło się takie „świętowanie”. Kobieta chciała zobaczyć fajerwerki na żywo, w Alfos, a nie na małym ekranie telewizora, który stał w kuchni i jego sygnał ciągle się psuł. A Alsmith zasłaniała wszystkie pokazy.
–Pomóż mu przejść do sypialni – do salonu weszła niespodziewanie babcia.
–Ale ja... – zaprotestował chłopak.
–Cisza – staruszka skrzyżowała ręce na piersi. – Łóżko czeka.
Keria zmarszczyła brwi.
–Skoro jest dopiero dziewiętnasta, jest jeszcze czas. Pojadę z nim do Alfos, kupię mu ten eliksir i odstawię do jakiegoś hotelu. Kiedy wrócę, będzie jakaś dwudziesta druga.
–W taką śnieżycę? Keria, zwariowałaś? – babcia chwyciła się za głowę.
–Proszę pani... – chłopak skrzywił się delikatnie. – Ona ma rację. Chcę pojechać do miasta.
–Właśnie. Jedziemy natychmiast – powiedziała dziewczyna. Staruszka nie wydawała się być zła, wręcz przeciwnie – wyglądała na szczęśliwą. Mimo że przed chwilą protestowała.
Perys wyjął korek z fiolki i wypił za jednym zamachem zawartość.
–Dobrze – zgodziła się kobieta. – Jedziemy natychmiast.
–Bez ciebie, babciu! – podniosła głos Keria. – Jesteś już zbyt...
–Zbyt stara, żeby podróżować? To chciałaś powiedzieć? Moja kochana, umiem sobie poradzić. W mieście nie byłam od jakiegoś roku. Jadę z wami i koniec. Chcę zobaczyć fajerwerki.
–Co roku je widzisz!
–Tak, na ekranie malutkiego telewizorka! – babcia parsknęła.
–A co to za różnica, czy widzisz jakieś głupie światełka na żywo czy w transmisji, która zresztą też jest na żywo?
–Jest różnica – wtrącił się Perys.
Staruszka uśmiechnęła się przyjaźnie.
Keria zacisnęła zęby.
–W porządku. Pojedziemy razem.
3.

Samochód – a właściwie mała ciężarówka – należący do Kerii był brudny, ale przystosowany do jazdy w terenie. Nawałnica ustała. Teraz tylko sypał śnieg.
Perys czuł się wykończony. Podczas podróży zasnął. Eliksir uśmierzający ból uczynił cud – chłopakowi zdawało się, że złamana noga jest całkowicie zdrowa. Jednak pogłębił delikatnie jego senność.
Wciąż nie mógł zrozumieć, że jeszcze żyje. Spadł ze szczytu Alsmith. Szanse na przetrwanie były praktycznie zerowe. To, ile miał szczęścia, było kolejnym cudem.
Staruszka, w której ogródku wylądował, wydawała się bardzo miła. W przeciwieństwie do jej chłodnej córki. Keria była ładna, jednak Perys czuł bijące od niej zimno.
Kierownicę trzymała oczywiście dziewczyna. Chłopak już dawno nauczył się nie zważać na stereotypy (mówiące o kobiecych umiejętnościach jeżdżenia), ale rozluźnienie i skupienie, z jakim prowadzona była ciężarówka, dały mu niesamowity spokój. Zasnął szybko.
Do Alfos dotarli dwie godziny później. Keria była rozczarowana tym faktem, bo nie zgadzało się to z jej kalkulacjami.
–To wszystko jest bez sensu – burczała, gdy udało jej się zaparkować na jakimś podziemnym parkingu, pełnym tirów i ciężarówek. – Gdzie się zatrzymamy na noc? Nie zamierzam balować do rana.
Do Perysa dotarło, że ma rację. Nic konkretnego nie ustalili. Odprowadzą go do apteki, a potem – do widzenia. Chyba że babcia naprawdę uwzięła się na ten pokaz fajerwerków.
Gdy wysiedli, chłopaka uderzył smród papierosów i spalin. Skrzywił się. Wyszedł z samochodu, opierając się na podarowanych przez staruszkę kulach. Jego wzrok natychmiast skierował się na Kerię – przewodniczącą wycieczki.
–Dobra – westchnęła dziewczyna. – Idziemy do apteki.
Całą trójką wyszli z parkingu. Alfos było dużą tętniącą życiem metropolią w dolinie trzech gór – Alsmith, Grell i Triady. Na ulicach roiło się od turystów, zwłaszcza, że był to wyjątkowy, ostatni dzień roku. Latarnie oświetlały lśniący asfalt, wieżowce wskazywały ciemne niebo strzelistymi dachami. Dokoła słychać było szum i rozmowy ludzi. Była już dwudziesta pierwsza – jeszcze tylko trzy godziny i zacznie się nowy rok. Perysa owiała melancholia.
–Całe szczęście, w Glorin apteki działają bez względu na święta, weekendy czy cokolwiek innego – uśmiechnęła się Keria. Chłopak przebudził się z refleksji i przyspieszył kroku. Kule wciąż znacznie go spowalniały. Nawet babcia szła szybciej od niego.
Faktycznie, eliksir regeneracji dostali bez problemu. Perys w swojej kurtce znalazł trochę pieniędzy, wystarczająco dużo, by kupić miksturę samemu. Napełniło go to pewną satysfakcją.
Gdy wyszli, chłopak przysiadł na pobliskiej ławce i wypił złoty płyn. Już kiedyś zażywał eliksiry regeneracji, w szkole podstawowej i gimnazjum. Za pierwszym razem skręcił kostkę, za drugim złamał rękę. Wtedy mikstury były o wiele droższe i ich dostępność była ograniczona, ale rodzice zawsze chcieli dla swojego chłopca jak najlepiej. Perys dostał nudności, gdy przypomniał sobie o dawnych, okropnych czasach.
–Wszystko w porządku? – zapytała niespodziewanie Keria. – Jesteś zielony jak szpinak.
Porównanie, którego użyła, lekko wytrąciła chłopaka z równowagi. Zaśmiał się cicho.
–Tak, jest okej – odpowiedział.
–Kochani, ja już pójdę zająć nam miejsca na balkonie – powiedziała nagle babcia. Perys zwrócił uwagę na jej ekscytację. Jeszcze w domu była smutna i ponura, a gdy tylko przyjechali do Alfos, zaczęła wręcz tryskać radością. – W galerii „Gwiazdka”, oczywiście! A wy idźcie kupić coś do jedzenia. Ja poproszę Dr. Pippira...
Keria spojrzała z przerażeniem na staruszkę.
–Że co, babciu? Pójdziesz tam sama?
–Tak, kochanie. Nie martw się o mnie. Teraz trwa wojna o ostatnie dobre miejsce. Jeszcze zdążę!
Wnuczka była osłupiała.
–Nie możesz...
–Keria. Jestem starsza od ciebie. Wcale nie musisz się mną opiekować. Poradzę sobie – babcia spojrzała dziewczynie w oczy. – Kupcie te smakołyki i przyjdźcie do mnie.
We wnuczce coś pękło. Zgodziła się niemrawo.
Staruszka uśmiechnęła się, i przez kilka sekund wyglądała dwadzieścia lat młodziej. Perys w brązowych oczach dostrzegł podobieństwo do Kerii.
–Bawcie się dobrze. Możecie przyjść nawet za dwie godziny. Ale musicie zdążyć na fajerwerki.
Perys już wiedział, że ten sylwester będzie inny niż wszystkie. Coś się zmieniało. Szybko i nieodwracalnie.
* * *

Keria z niezadowoleniem skrzyżowała ręce na piersiach. Kierowali się w stronę centrum, w którym były najlepsze pizzerie na całym globie. Wizja ciepłego posiłku była tak kusząca, że dziewczyna nie mogła się oprzeć pomysłowi Perysa, który wcześniej zostawił niepotrzebne już kule w ciężarówce.
–Zjemy tę cholerną pizzę i kupimy jakieś chrupki do pokazu – oświadczyła, gdy szli obok siebie na chodniku. – Nie chcę, żeby babcia za długo była sama.
Perys przytaknął. Był małomówny. Chłopak intrygował Kerię. Jednak dziewczyna nawet sama przed sobą nie potrafiła się do tego przyznać.
Gdy tak szli, wydychając parę z ust, słuchając szumu rozmów dokoła i ocierając się o siebie rękawami kurtek, prosto na nich wpadł niski, czerwonooki chłopiec w puchowej kurtce. W pierwszej chwili dziewczynie zdawało się, że jest to dwunastolatek, ale po chwili dostrzegła, że musi on mieć co najmniej czternaście lat. Perys zatoczył się delikatnie.
–Co jest? – Keria ze zirytowaniem odsunęła od siebie zdyszanego nastolatka. Ciągle oglądał się za siebie ze zdenerwowaniem.
–Błagam... pomóżcie mi.
Po chwili obok przybysza pojawił się mężczyzna w czarnym garniturze. Ochroniarz. Plakietka mówiła: „Tiggs Mircell”.
–To są moi rodzice – powiedział znaczącym tonem chłopiec, wskazując na dwójkę nowo poznanych.
Keria przez sekundę stała jak wmurowana. Rodzice? Przecież ona ma osiemnaście lat. Fakt, wygląda na nieco starszą, ale...
–Tak, a co się stało? Znowu coś zmalował? – zapytał Perys odmienionym głosem. Brzmiał starzej i mądrzej. W jego spojrzeniu i zachowaniu również coś się zmieniło. Chwycił chłopca za ramię, popatrzył na mężczyznę z zaniepokojeniem. Keria zauważyła, że z tym wzrostem i ubraniami przypomina trochę młodego, roztargnionego męża.
A ona? Jest bardzo wysoka. Wyższa od wielu dziewczyn w jej wieku. A twarz ma dojrzałą.
To się może udać.
–Pomyliłem rodziców z tamtymi ludźmi, bo mieli podobne ubrania... przestraszyłem się, a potem przypomniałem sobie, że mama i tata zostali na zewnątrz... – chłopiec lekko się jąkał, co zniecierpliwiło Kerię.
–Nasz malec ma problemy z pamięcią – powiedziała i zbliżyła się do mężczyzny. – Ogólnie... ma problemy. Jeśli pan rozumie.
–Dobrze, dobrze – Tiggs westchnął ciężko. – Niech państwo lepiej go pilnują na przyszłość.
–Tak, oczywiście. Dziękujemy panu bardzo – odezwał się Perys.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i zawrócił. Szedł w kierunku galerii „Gwiazdka”.
–Dziękuję! Tak strasznie dziękuję – uradował się chłopak.
–Kim ty w ogóle jesteś? I gdzie twoi prawdziwi rodzice? – zapytała Keria.
–Jestem Rion. I uciekłem z domu.
Dziewczyna była zbita z tropu po raz kolejny. Atmosfera w jej rodzinie zawsze była przyjemna. Nie potrafiła zrozumieć. Jej rodzice zmarli, gdy miała dwanaście lat, a ten chłopiec ucieka od nich specjalnie?
–Nie zrozumcie mnie źle... po prostu chciałem inaczej zacząć ten rok – powiedział Rion. – No i... to, że jestem... inny... też mnie stamtąd wykurzyło.
–Inny? – zdziwił się Perys. Keria również była zaskoczona. Chłopak po prostu pochodził z Klovel. To powód, żeby uciekać z domu i czuć się innym?
–Nie zauważyliście? Mam czerwone oczy. Jak mutant – rzekł ponuro Rion.
–Co ty za bzdury wygadujesz? – zapytał Perys. – Twoi rodzice na pewno umierają z niepokoju.
–Pewnie tak... ale nie wytrzymałem. Na moim osiedlu wszyscy traktują nas jak odmieńców... zresztą, czemu wam to opowiadam? – chłopiec skrzywił się. – Nawet was nie znam. Dzięki za pomoc. Ja spadam.
–Hej, hej! – Perys chwycił go za ramię, gdy ten chciał zawrócić. – Nie ma mowy.
–Co jest? – zdenerwował się Rion.
–Chciałeś inaczej zacząć ten rok, tak? – uśmiechnął się chłopak. – To tak jak my.
–Ja nie chciałam... – zaprotestowała Keria.
–Daj spokój – spojrzał jej w oczy Perys. Dziewczyna poczuła coś bardzo dziwnego, coś, czego jeszcze nigdy nie czuła. Jej serce załopotało szybciej. Co się dzieje?
–Niech wam będzie – westchnął Rion. – Na pewno spędzenie czasu z jakąś dziwną, obcą parką wyjdzie mi na dobre.
–Zdziwiłbyś się – uśmiechał się dalej Perys. Keria zagryzła dolną wargę.
–Po pierwsze, nie jesteśmy parą. Po drugie – idziemy w końcu na tę pizzę? – zapytała.
–Na pizzę? – ucieszył się Rion.
–Tak. Potem kupimy jakieś dobre chrupki i pójdziemy na balkon widokowy w „Gwiazdce”. Babcia Kerii zajęła nam miejsce.
–Super! – chłopiec wyglądał na bardzo szczęśliwego.
Dziewczyna czuła, że coś się zmienia. Bardzo szybko, diametralnie i nieodwracalnie.

* * *

Pizza była wyśmienita. Rion miał jeden powód, dla którego zgodził się na ten dziwny układ – czuł się coś winien Perysowi i Kerii. Za jedzenie zapłacił chłopak, żeby choć częściowo spłacić swój dług.
Dwójka nastolatków była trochę dziwna, ale czas, który z nimi spędził, był cudowny. Rozmawiali o wszystkim. O pizzy, o nauce, o babci Kerii, o alchemii – a na koniec temat zszedł nawet na męskie bokserki. Rion nie miał pojęcia, jak to jest mieć przyjaciół. Dotychczas miał tylko znajomych, a większość z nich okazała się być fałszywa. Nikt za nim nie przepadał, a to wszystko przez jego inność.
Chłopiec zmarkotniał, gdy przypomniał sobie o swoich czerwonych oczach, białych włosach i bladej skórze.
–Co jest? – zapytał Perys, gdy razem z Kerią komplementowali wygodę, którą się czuje, mając na sobie za duże majtki, a Rion nawet się nie uśmiechnął.
–Nic – odpowiedział natychmiast chłopiec.
Tak bardzo im zaufał. Wydawali się zupełnie inni od ludzi, których spotykał w szkole. Jednak wciąż czuł dziwną blokadę, która nie pozwalała mu powiedzieć o tych wszystkich rozterkach, które w sobie nosił od tylu lat.
Po pizzy nastolatkowie kupili w pobliskim sklepie różnorodne chrupki, krakersy, paluszki i picie. Keria na początku próbowała przekonać Riona do zdjęcia czapki, bo w budynku nie wypada nosić (pizzę jedli na ławce na placu), ale nie udało jej się to. Chłopiec za bardzo wstydził się swoich białych włosów. Perys pomógł mu pozbyć się namolnej nastolatki.
–Daj spokój – powiedział. – To część image'u.
W końcu dotarli na balkon. Babcia Kerii była bardzo sympatyczna. Zajęła im bardzo dobre miejsca, tuż obok barierki. Ludzie wokół tłoczyli się niemiłosiernie, dzieci krzyczały. Niespodziewanie zaczął prószyć śnieg. Delikatne płatki opadały na głowy nastolatków.
–Jest już wpół do dwunastej, kochani! – cieszyła się babcia. Otworzyła już dwie paczki chipsów i z zadowoleniem wpychała je sobie do buzi.
Rion, Perys i Keria oparli się o barierkę. Byli na brzegu balkonu. Chłopiec czuł się rozluźniony i szczęśliwy.
Wiedział, że coś się w nim zmieniało. Bardzo szybko, diametralnie i nieodwracalnie.
4.

Perys patrzył na Kerię. Śnieg udekorował jej niebieską czapkę z pomponem, opadł na długie rzęsy. Był tak lekki i delikatny, ledwie widoczny, a jednak padał. Zima wciąż dawała o sobie znać.
–Śmiesznie się złożyło – zaczął mówić Rion. – Gdyby ktoś mi powiedział, że ta ucieczka przyniesie mi dwóch nowych, świetnych znajomych i że jeszcze zjem z nimi najlepszą pizzę w Glorin, to bym go wyśmiał. Zawsze myślałem, że nie nadaję się do przyjaźni.
–Dlaczego? – zapytał Perys. – Jesteś spoko gość.
–Jak to dlaczego? – Rion znów spochmurniał, spuścił wzrok. – Jestem inny.
–A ty znowu z tym? – chłopak zirytował się. – Dlaczego masz taką obsesję na tym punkcie? W Glorin jest mnóstwo ludzi z innych krajów. Sam pochodzę z Radagas, ale jakoś nie mam przez to kompleksów.
–Dlaczego? – Rion nie wytrzymał. – Powiem wam, dlaczego. Muszę to z siebie wyrzucić. Duszę to w sobie od pięciu lat! Bo wtedy się przeprowadziliśmy do tej cholernej dziury.

~ ~ ~

Jest dumny. Ze swoich śnieżnobiałych, zadbanych włosów, ze swoich rubinowych oczu w kształcie migdałów, ze swojej bladej, niezdrowej skóry. Wygląda inaczej, jednak wygląda pięknie. Do szkoły przychodzi z uśmiechem wypisanym na roześmianej, zadowolonej twarzy. Ma swój pierścionek rodowy. Z inicjałami: R.H.
Dzieci rzucają mu dziwne spojrzenia. Jedna dziewczynka dotyka jego włosów, jest zafascynowana. To daje jeszcze jeden powód do dumy.
–Są białe – mówi. – Bielusieńkie...
Wtedy podchodzi do nich ubrany na czarno chłopczyk, starszy o rok, ze swoją paczką.
–Tak, są białe – śmieje się. – Co, gołąb ci narobił na łeb?
Nie. Głupcy.
Jeszcze inny dzień. Tydzień później. Ta sama dziewczynka. Nieśmiało podchodzi do Riona, patrzy prosto w jego oczy.
–Są czerwone – mówi. – Jak rubiny...
Sytuacja się powtarza. Jednak tym razem chłopiec wie, że ten starszak jest bratem dziewczynki.
–Tak, są czerwone – śmieje się szyderczo. – Bo co, dzidzia płakała całą noc?
Nie. Głupcy.
Czy inni uczniowie nie patrzą na niego z obrzydzeniem? Czy ten chłopiec nie odsunął się przed chwilą od niego? O, a tamta dziewczyna z najstarszej klasy? Czy przed sekundą nie spojrzała na niego, szepnęła coś do przyjaciółki – i czy teraz nie śmieją się razem z jego włosów?
Dlaczego nauczyciele zaczęli dawać mu gorsze stopnie? Codziennie się uczy. Odpowiada na pytania bezbłędnie.
Czy nie jest teraz tak, że jedynymi osobami, z którymi rozmawia, są rodzice?
Dlaczego nauczyciel od matematyki spogląda na niego spode łba?
Co w nim jest takiego, że wszyscy na przerwie idą po drugiej stronie korytarza?
Znowu ta dziewczynka. Jest już dwa lata starsza. Ma piękne, jasne włosy, i cudowny uśmiech.
Podchodzi do niego. Dotyka jego ręki.
–Jest taka jasna... – mówi.
Chce powiedzieć coś jeszcze, ale już zjawia się ten chłopak.
–Tak, bo co, bo zbladłeś z przerażenia na mój widok?
Głupcy.
Kolejny dzień. Noc. Dzień. Noc.
Nikt już z nim nie rozmawia.
Dzień. Noc. Dzień. Noc.
Na osiedlu, na którym teraz mieszkają, jest kilku chłopców w jego wieku. Nie chcą się z nim bawić. Na jego widok – uciekają.
Dzień. Noc. Dzień. Noc.
Teraz, wstając rano, nie widzi pięknego, wyjątkowego chłopaka – widzi odmieńca, z którym nikt nie chce się zadawać. Chce wyrwać sobie włosy. Wydłubać oczy.
Byle tylko być normalnym.

~ ~ ~

–Dlatego uciekłem – odezwał się chłopiec. – Chciałem być jak najdalej od szkoły, osiedla, rodziców.
Przez chwilę panowało milczenie.
–Rion – zaczął Perys. – Wiem, że znamy się tylko dzień. Wiem, że ciężko będzie po tym wszystkim mnie wysłuchać. Ale i tak to powiem. Zgadzam się – jesteś inny. Masz czerwone oczy i białe włosy. Ale to tylko wygląd. Jeśli ktokolwiek tu ma problem, to ci idioci z twojej szkoły. To, że nie jesteś taki sam jak oni, nie znaczy, że powinieneś się chować i nienawidzić samego siebie. To kompletna głupota.
Rion patrzył przed siebie.
–Nie kryj się. Ja też jestem inny.

~ ~ ~

Ma stwierdzone problemy. Z psychiką. Łatwo go zdenerwować. Nie panuje nad gniewem.
Inne dzieci trzymają się z dala od niego. Nie wini ich za to. Sam by się od siebie odsunął.
Pojawia się dziewczyna – uśmiechnięta, piękna, mądra. Zawsze ma najlepsze oceny. Jasne włosy nosi spięte w dwa warkocze.
Nie ma u niej szans – zawsze dostaje dwóje, uchodzi za niezrównoważonego psychicznie.
Jednak próbuje. Daje z siebie wszystko. Na następny sprawdzian, z matematyki, uczy się jak nigdy dotąd. Przychodzi do szkoły pewien siebie.
Jedynka. Napisana czerwonym długopisem. Uniesiony palec nauczycielki – grozi mu. Jeszcze jedna taka ocena i nie przepuści go do następnej klasy.
Kartka ze sprawdzianem już jest mokra od łez.
Jego najlepszy przyjaciel zdradza go. Perys widzi jego złośliwy, kpiący uśmiech. Razem z innymi chłopcami obgaduje go jedną półkę obok. W bibliotece. Myśli, że on go nie słyszy.
Coś w nim pęka.
Po chwili okrągłe okulary jego najlepszego przyjaciela leżą na podłodze. Zbite.
Perys słyszy swój przyspieszony oddech, widzi krew. Nie panuje nad sobą. Jest potworem. I wszyscy uczniowie już o tym wiedzą.
~ ~ ~

–Dlatego zacząłem chodzić po górach – powiedział nieobecnym głosem Perys. – W szkole się dusiłem. Miałem wrażenie, że zawsze będę gorszy. Że zawsze będę potworem. W końcu udało mi się ujarzmić wewnętrzny gniew. Już nie mam problemów. Ale wciąż uprawiam trekking. Szczerze mówiąc, miałem cichą nadzieję, że kiedyś z jakiejś góry spadnę.
Razem z Rionem wpatrywali się gdzieś przed siebie.
–Ale coś zrozumiałem po tym, jak w końcu to się stało. Spadłem z Alsmith. I przeżyłem. Chcę żyć, jeśli przeznaczenie mnie uratowało.
Zapadła cisza.
Odezwał się Perys, po jakichś pięciu minutach.
–A jakie są twoje cienie przeszłości, Kerio?

~ ~ ~

Śpiewa. Odkąd pamięta. Chodzi po domu i krzyczy. O wszystkim. Sama komponuje. Umie grać na pianinie i gitarze, sama się nauczyła. Jest samoukiem. Jest inteligentna. Jest geniuszem.
Dlatego jej umysł nie powinien się zmarnować. Powinna zostać lekarzem, prawnikiem, kimś, kto zmieni świat.
Jednak ona zawsze chciała śpiewać.
Rodzice jej w tym nie wspierają. Kochają ją, chcą dla niej jak najlepiej – ale nie rozumieją jej hobby.
Żeby pokazać, że to jej przeznaczenie, Keria zgłasza się na konkurs.
Jednak gdy chwyta mikrofon, jej serce zbyt szybko bije.
Rodzice są na widowni.
Ma tylko zaśpiewać.

Zielone jabłuszko
Z drzewa właśnie spadło
Kto ma koszyk, zbierze
I da...

I da... komu da? Komu?
Zimny pot pojawia się na czole Kerii. Komu? Komu da?
Nie pamięta.
To koniec.
Ze wszystkich stron docierają do niej tylko dwa słowa: ucz się.
Może faktycznie to jedyne, co jest ważne.

~ ~ ~

–Nadal chcę śpiewać – dziewczyna wpatrywała się w jakiś punkt w oddali razem z dwójką nowych przyjaciół. – O niczym innym nie myślę.
–Keria – odezwał się Perys. Spojrzał jej prosto w oczy. Zmusił do popatrzenia na siebie. – To śpiewaj.
Ludzie na balkonie zaczęli odliczanie.
Dziesięć, dziewięć, osiem...
Cała trójka mimowolnie chwyciła się za ręce. Zamknęli oczy.
Siedem, sześć, pięć...
To będzie nowy rok.
Cztery, trzy, dwa...
Inny rok.
Jeden.
Ciemne niebo rozjaśniły petardy.
Keria, Perys i Rion wiedzieli, że coś się w nich zmieniło. Zostawili cienie przeszłości za sobą. Teraz będą tylko patrzeć przed siebie. 
Czytaj dalej »

niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział III: Szkolenie | #1 | Gwiazdogród

ROZDZIAŁ III
Szkolenie

Miasto było piękne. Tylko to słowo cisnęło się Irien na usta.
Wraz z Aerin szły przez ciemne ulice metropolii, podziwiając niebo.
Gwiazdogród składał się głównie z wieżowców będących luksusowymi hotelami oraz ze sklepów z gadżetami takimi jak naklejki z gwiazdkami, breloczki w kształcie półksiężyców czy tabliczki czekolady Gwiazdogrodzkiej. Miasto słynęło nie tylko z pięknych widoków, ale też z wyśmienitych wyrobów czekoladowych. By zjeść deser w tym mieście, trzeba było zapłacić ogromną ilość pieniędzy – jednak, jak sądzą klienci, każde oczekiwania zostaną spełnione z nawiązką.
Walizka, którą ciągnęła Aerin, stukała głośno i wpadała w dziury w chodniku. Małe, przezroczyste płatki śniegu spadające wolno z nieba roztapiały się na materiale i zostawiały mokre ślady. Irien była zachwycona nawet tym lekkim, chłodnym prezentem od nieba. Mimo że jej ulubioną porą roku było lato, zima zajmowała drugie miejsce, a jeśli była śnieżna – nic więcej się nie liczyło, tylko te cudowne, wielkie zaspy białego puchu.
Siostry nie mogły się powstrzymać od stawania przy każdym sklepie i podziwiania wystaw, którymi bywały manekiny z czekolady czy wieczorowe suknie uszyte z granatowego materiału. Żałowały, że nie stać je nawet na czekoladową śrubkę.
Miasto było doskonale oświetlone. Po obu stronach ulicy stało mnóstwo latarni. Był to niesamowity widok. Jak z bajki.
Jedynym, co psuło ten efekt, był tłum ludzi przekraczających ulicę i biegających w jedną i drugą stronę.
W Gwiazdogrodzie działało metro. Siostry, gdy tylko zauważyły pierwszy przystanek, zeszły do podziemi.
Było to zupełnie inne miejsce – śmierdziało tu starymi skarpetami i potem. Ściany oblepione były reklamami i gumami do żucia. Wszędzie leżały zgniecione puszki po piwie. Ludzie pchali się w stronę kasy, Aerin i Irien pobiegły tam razem z tłumem.
Siostry odliczały przystanki. Robiły tak, odkąd pamiętały. Gdy został już tylko jeden, Irien wyjęła karteczkę od Wizarda z kieszeni dżinsów. Ulica Chaosu, wieżowiec numer 13. Dziewczyna zastanawiała się, czy to oznacza, że Anders posiada cały budynek, czy jednak będą musiały znaleźć same numer mieszkania Gertsa...
–Jesteśmy – powiedziała Aerin, wyciągając Irien z zamyślenia.
Faktycznie. Mechaniczny głos powiedział: „Plac Chaosu” i pociąg stanął. Pasażerowie zaczęli pospiesznym krokiem wychodzić z pojazdu, zderzając się po drodze z wchodzącymi.
Plac był ogromnym pustym polem, na którego środku stała wielka fontanna przedstawiająca syrenkę, która pluła wodą do zbiornika. Oprócz tego kotłowali się tu tylko ludzie. Irien nie spodziewała się ich aż tylu. Gwiazdogród był naprawdę oblegany przez turystów.
Szukanie wieżowca numer trzynaście zajęło dwadzieścia minut i gdy dziewczyny do go wypatrzyły, dochodziła już czternasta. Był to wysoki budynek, choć jeszcze nie drapacz chmur – aż dziwne, że nazywano go wieżowcem. Przypominał bardziej czteropiętrowy dom.
Anders zdołał się nieźle ukryć, bo przed drzwiami nie stał dosłownie nikt. Być może brak ochroniarzy był mylący i jeśli ktoś zdobył adres Gertsa, szybko rezygnował, widząc, że przed budynkiem nie stoi nawet mężczyzna ubrany na czarno. Irien poczuła niepewność i spojrzała raz jeszcze na numer wygrawerowany na ścianie – wielka trzynastka dodała jej sił. Podeszła do drzwi.
Mimo że nikt najwyraźniej nie domyślił się, że mieszka tu pan Anders, widać było, że dom należy do kogoś bogatego. Klamka była ze złota. Śliska i zimna, pomyślała Irien, gdy jej dotknęła. Jednak zamiast za nią pociągnąć, uniosła rękę i zapukała trzy razy, głośno i szybko.
Otworzono im natychmiast. Oczom sióstr ukazał się kamerdyner, ubrany w garnitur przystrojony czarną muszką. Był wyprostowany, jedną rękę trzymał za sobą, a drugą ściskał w pięść na brzuchu. Miał wąsika zawiniętego na końcach. Wyglądał bardzo typowo dla swojej pracy, przez co Irien ledwo powstrzymała się od parsknięcia śmiechem.
–Witam – rzekł, wlepiając wzrok w dwie dziewczyny - dziewczyny ubrane w brudne, zapocone ubrania i z włosami o konsystencji ptasiego gniazda. Żadna z nich jednak o tym nie wiedziała, i z dumą wpatrywały się w mężczyznę, udając dostojne damy.
–Dzień dobry, proszę pana – odparła Irien, unosząc głowę i zmieniając ton na dumny głos hrabiny. – Jesteśmy siostry Rioth i przybyłyśmy, by spotkać się z panem Gertsem. To pilne.
Kamerdyner przekrzywił lekko głowę. Wyglądało na to, że analizował sytuację. W końcu jednak odsunął się od drzwi i rzekł:
–Proszę wchodzić.
Cały dom był zaprojektowany w nowoczesny sposób. Ogromne szklane okna dawały widok na plac, na podłodze ciągnęły się szare, puchate dywany. Kamerdyner zaprowadził siostry przed windę.
–Pan Anders jest w swoim gabinecie. Jest to pokój numer dwadzieścia dwa, na drugim piętrze – oświadczył. Irien i Aerin weszły do szklanego, małego pomieszczenia. Pokiwały głową i wybrały odpowiednią cyfrę.
Gdy drzwi windy się zamknęły, dziewczyny spojrzały na siebie nieco zdezorientowanym wzrokiem.
–Dobrze, że nas wpuścił bez problemu, ale to trochę dziwne – stwierdziła starsza siostra.
–Pewnie adres Andersa jest tak utajniony, że tylko niewielka grupka najbardziej zaufanych go zna – odparła Irien. – Wierzy nam.
Aerin nie zdawała się być przekonana.
Na korytarzu było zaledwie pięć pokojów. Drugi od prawej strony miał na drzwiach wygrawerowaną dużą liczbę „22”, pięknie ozdobioną i lśniącą złotem.
Irien zapukała, starając się ukryć wahanie.
Andres otworzył natychmiast, tak jakby pilnował wejścia.
–Witam, witam! Siostry Rioth, jak mniemam? – był to mężczyzna w wieku Wizarda, o zapuszczonej, dość długiej i siwej brodzie i niedowidzących oczach otoczonych zmarszczkami. Ich zgniłozielony kolor chował się za okrągłymi okularami.
–Dzień dobry – powiedziała Irien z osłupieniem. – S-skąd...
–Skąd znam wasze nazwisko? – machnął ręką. – Zamontowałem mikrofon w garniturze mojego lokaja.
Siostry powstrzymały się od krzywej miny.
–A, tak, tak – Irien zachowała się tak, jakby takie zachowanie było absolutnie zwyczajne.
–Wejdźcie. Ale najpierw powiedzcie mi - jakie jest wasze ulubione jedzenie? – pan Anders patrzył nieprzeniknionym wzrokiem na siostry.
–Co? – wyrwało się Irien. Gdy dziewczyna zorientowała się, że Gerts nie usłyszał, natychmiast się poprawiła. – Ja uwielbiam hamburgery. Aerin kocha wszelkie owoce morza.
–Świetnie! – Anders klasnął w dłonie, po czym nacisnął jakiś guzik kryjący się na ścianie za drzwiami. – Hamburger ze śledziem, proszę! – mężczyzna w końcu oddalił się od ściany, puszczając przycisk. – Zapraszam do mojego biura.
Całą lewą ścianę zajmowało akwarium. Kolorowe ryby były pierwszą rzeczą, która przykuła uwagę Irien. Ogromne okno dające piękny widok na Gwiazdogród leżało na przeciwległej ścianie. Po lewej stronie pokój kończył się czerwonymi frędzlami przyczepionymi do sufitu, oddzielając gabinet od innego pokoju.
Pomieszczenie było stosunkowo duże, a w jednym kącie było małe przejście do sześciokątnego pokoiku. To w nim stało biurko i kilka foteli. Anders, Irien i Aerin przeszli do tej części.


 –A więc, dziewczęta – pan Gerts usadowił się wygodnie na szerokim siedzeniu. – Co was do mnie sprowadza?

// Cześć!
Minęło dużo czasu od ostatniego rozdziału Gwiazdogrodziska naszego drogiego, więc w końcu po długiej przerwie chwytajcie ten kawał wypocin. Jak zwykle czekam na opinie, rady itd. :D 
P.S. Jutro do szkoły... u mnie ta niedziela to ostatni dzień ferii. Smutno :( \\
Czytaj dalej »

środa, 25 stycznia 2017

Słońce wychodzi zza horyzontu | #1

122, 123, 124... gdzie 125?
Odłączenie się od nowej klasy, by pójść do toalety, okazało się fatalnym pomysłem. Chodziłam w kółko po tym korytarzu już od dwóch minut, a numeru mojej nowej sali nigdzie nie było widać. Warknęłam pod nosem wściekle i przeszłam się ostatni raz.
Jest! W kącie. Numer był niewidoczny. Zamazana naklejka mnie zmyliła. Sądziłam, że to toaleta dla pracowników.
Dopiero wtedy odczułam stres. Przeszedł po mnie nieprzyjemnym dreszczem. Westchnęłam ciężko i poprawiłam koszulę wciśniętą starannie w granatową spódniczkę ostatni raz. Pora zacząć nowy rozdział.
Tę wielką czynność zrobiłam z hukiem, choć nie do końca tak, jak zamierzałam. Drzwi w ogóle nie stawiały oporu i okazały się lekkie jak piórko. Trzasnęłam nimi w ścianę. To było niezłe wejście, zdecydowanie. Natychmiast poczułam na sobie spojrzenie siedemnastu par oczu, rozbawione i zdziwione.
–Eee... – powiedziałam tylko. Przeniosłam wzrok z uczniów na nauczycielkę, która jedyna patrzyła na mnie z prawdziwą zgrozą. Chyba według pani Krawieckiej spóźnienie na coś tak ważnego jak spotkanie w klasie w pierwszy dzień szkoły jest tak bardzo nie do pomyślenia, że trzeba aż zdjąć okulary. Zapewne miała rację. Ale jestem głupia. – P... p... – no dalej, powiedz to!, zganiłam siebie w myślach. To tylko pięć słów. Twoja pozycja w klasie nie została jeszcze ustanowiona. – Przepraszam, zgubiłam się na korytarzu... – kiedy usłyszałam, że już się nie jąkam, postanowiłam kontynuować. – Chciałam pójść do toalety.
Dopiero gdy to powiedziałam, zrozumiałam, jak to głupio brzmi.
–Jak się nazywasz? – nauczycielka z powrotem założyła okulary, dosuwając je na koniec spiczastego nosa. Miała surowy głos.
–Iza Orłowska – powiedziałam. Pytanie nie powinno mnie zaskoczyć, jednak poczułam, że pocą mi się ręce.
Klasa była przestronna. Na ścianach wisiały mapy – Europy, Polski, świata, poszczególnych kontynentów. Uczniowie byli w większości chłopcami. Liceum, do którego się przeniosłam, nie słynęło z dobrych wyników, a z wesołej i przyjaznej atmosfery. Choć i to podlega głębszej ocenie, bo patrząc na nauczycielkę, miałam wrażenie, że zaraz w sali rozpęta się prawdziwa burza. Albo że kobieta rozstrzela swoich uczniów. No dobra, może przesadziłam, ale ta myśl sprawiła, że na mojej twarzy zaczął błąkać się nieśmiały uśmiech.
–Usiądź z Edgarem – wydała polecenie.
–Dobrze – powiedziałam posłusznie. Doszłam do wniosku, że chłopcem jest osoba siedząca samotnie jako jedyna. Na drugim końcu sali, w kącie, ze spuszczoną twarzą. Coś we mnie krzyknęło, ale z uniesioną głową poszłam w stronę Edgara.
Po drodze potknęłam się o plecak dziewczyny o pięknych czarnych włosach. Mimo że to nic wielkiego, poczułam, jak moje policzki płoną. Zapamiętałam uczennicę z apelu, czytała przemowę samorządu uczniowskiego. Zdaje się, że jej imię to Magda.
–Oj! Przepraszam – powiedziała, przysuwając plecak bliżej siebie. Dopiero wtedy zauważyłam, że to nie plecak, a elegancka, skórzana torba.
–Spoko – powiedziałam, przez sekundę zastanawiając się nad doborem słów. „Nic się nie stało”? Nie, za długie. „Nieważne”? Nie, zbyt protekcjonalne. „Spoko” wydało mi się najlepsze, nie wyszłam na nudziarę ani na dziwaka.
Dwa stoły od Magdy stało biurko Edgara. Moje serce kołotało niespokojnie w piersi, a do policzki wręcz wybuchły od krwi. Jak zacząć rozmowę?
–Cześć – wyrzuciłam z siebie i usiadłam na drewnianym krześle. Trochę za wysokie.
Chłopak pisał coś na komórce. Uniósł oczy w moim kierunku. Miał ciemne, prawie czarne włosy, opadające mu na brwi, i zielone, wąskie oczy. Właściwie seledynowe. Coś w jego spojrzeniu mówiło „nie mów”. Te krótkie dwa słowa. Przyszły mi do głowy, gdy tylko zobaczyłam jego wzrok.
Miałam ochotę patrzeć w jego oczy dłużej. Ktoś kiedyś powiedział, że oczy są oknami duszy. W tamtej chwili zrozumiałam, jak dużo w tym prawdy.
Jednak on się odwrócił. Na skroń opadły mu ciemne kosmyki. Widziałam już tylko długie rzęsy, oświetlone w blasku słońca.
–Cześć – odpowiedział dopiero wtedy. Jego głos był zdarty.
Nauczycielka rozdała plany lekcji. Chciałam go obejrzeć, jednak coś mnie korciło, żeby złamać tę jedną zasadę Edgara. „Nie mów”? Jak mam nie mówić? Zawsze miałam tyle do powiedzenia.
Podrapałam się po plecach. Gdy wychowawczyni zaczęła przynudzać o grupach, na które klasa była podzielona ze względu różny poziom języków obcych, nie mogłam już dłużej gryźć się w język. Odwróciłam głowę do chłopaka.
–Mój dziadek miał na imię Edgar – zaczęłam rozmowę. Gdy nie doczekałam się reakcji, poczułam wręcz motywację. – Był super dziadkiem. Nauczył mnie grać na gitarze. Umiesz grać na gitarze?
Już poczułam, że usta tak szybko mi się nie zamkną.
Spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Był zirytowany.
–Co?
–Pytałam, czy umiesz grać na gitarze.
–Nie – odparł, po czym znów wrócił do korespondencji, którą prowadził na komórce.
Zrobiłam kwaśną minę. Myśli, że już się poddałam? Nie ma mowy.
–Jaka jest ta klasa? – zapytałam, rozglądając się po sali.
–Spoko – odpowiedział, nie odrywając wzroku z wyświetlacza komórki.
–Jest tylko sześć dziewczyn – powiedziałam. – Siedem ze mną – sądziłam, że może wypowie się chociaż na ten temat, ale chłopak milczał. – W mojej poprzedniej klasie było dwanaście dziewczyn i ośmiu chłopaków. Było strasznie. Dlatego się przeniosłam.
Przytaknął pod nosem. Z kim on tak gaworzy?
Ciekawość wzięła górę. Spojrzałam ukradkiem na wyświetlacz. Nazwa kontaktu: „Mama”. Zdążyłam przeczytać tylko jedną wiadomość, wysłaną od Edgara: „Przestań”. W tym momencie, gdy tak spokojnie wpatrywałam się w ekran – trwało to ledwie sekundę – chłopak odwrócił głowę w moją stronę.
–Ej! – warknął. Ekran stał się czarny.
Poczułam, jak pot zalewa mi plecy.
–Sorry – powiedziałam słabym, łamiącym się głosem. A może lepiej „przepraszam”? – Przepraszam, naprawdę, nie chciałam być wścibska...
Wyczułam na sobie surowy wzrok nauczycielki. Zacisnęłam dłoń w pięść i zaniosłam się spazmatycznym, urywanym kaszlem. Jakoś wybrnęłam z niezręcznej sytuacji i uniknęłam konsekwencji wynikających z gadania na lekcji. Wlepiłam wzrok w swoje splecione pod stołem palce.
Edgar więcej nie włączał telefonu, tylko wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w jakiś punkt w oddali. Nie zrobiłam na nim dobrego wrażenia. Wręcz przeciwnie. To początek trudnej znajomośći...
Sięgnęłam po plan lekcji. Jutro siedem lekcji. Pierwsza z nich to geografia.
Przesunęłam wzrokiem po klasie. Spostrzegłam, że czterech chłopców patrzy na mnie z nonszalancją w oczach. Jeden z nich mrugnął do mnie znacząco. Zdziwiłam się, ale zamiast udawać, że nic nie widziałam, uśmiechnęłam się przyjaźnie. Co innego miałam zrobić?
Z ławki przede mną odwróciła się do mnie pulchna, niska dziewczyna. Miała brązowe, tłuste włosy upięte w kok i dość widoczny tusz na rzęsach. Jej wąskie usta ułożyły się w kwaśny grymas.
–Nie zwracaj na nich uwagi – powiedziała, widząc, że uśmiecham się do jednego z chłopców. – To taki szkolny „gang”. Są akurat w naszej klasie. Lepiej się z nimi nie zadawać.
Po tym, co powiedziała, uświadomiłam sobie, że każdy tutaj ma swoją pozycję. Magda – szefowa, przewodnicząca, „ta porządna”, prymuska zawsze mająca zadanie domowe. Pamiętałam, że chodziłyśmy do tej samej szkoły podstawowej. Była laureatką konkursu przyrodniczego.
Czterej chłopcy z rzędu ławek obok – szkolny gang. Łobuzy, za którymi nikt nie przepada, ale należy mieć do nich respekt.
Edgar – ten „inny”. Siedzący z boku, z komórką, niemający kontaktu ze światem.
Każdy w tej klasie się czymś wyróżniał. Trochę jak w typowej amerykańskiej szkole. Zabawne.
–Jestem Ewelina – przedstawiła się niespodziewanie. Chciała powiedzieć coś więcej, ale nauczycielka jej przerwała.
–Ewelino, porozmawiasz z nową koleżanką po lekcjach.
–Jakich lekcjach, psze pani? – odezwał się – najwyraźniej – szef „gangu”. Ten sam, który do mnie mrugnął. Miał potargane, miedziane włosy. Moją uwagę przykuła widoczna blizna na lewym policzku, na który akurat miałam widok.
–Nie „psze”, tylko „proszę”, Janie – powiedziała pani Krawiecka. – I ja to nazywam lekcjami.
–Ale przeż się niczego nie uczymy – jego głos był denerwujący. W czasie mutacji.
Nauczycielka pokręciła głową z rezygnacją.
–Dobrze, widzę, że jest już jedenasta. Jakieś pytania?
Ręka Magdy natychmiast wystrzeliła w powietrze.
–Tak, Magdo? – wychowawczyni wydawała się być ucieszona, że jest jeszcze ktoś, kto jej słucha.
–Kiedy będzie wyjazd integracyjny? Podobno w tym roku ma być wcześniej – powiedziała. Zwróciłam oczy ku Edgarowi, z nadzieją, że wytłumaczy, o co chodzi, jednak on wciąż był w stuporze.
Odwróciła się do mnie Ewelina.
–Co roku wyjeżdżamy na międzyklasowe spotkania integracyjne – powiedziała szybko. – Zwykle odbywają się w Truskawie...
Nauczycielka przerwała donośnym głosem dziewczynie.
–A, tak. Słusznie, że o tym wspomniałaś – powiedziała. – Izo. Co roku w naszej szkole organizujemy wspaniałe integracyjne zabawy. W tym celu wynajmujemy na pięć godzin ośrodek „Truskawa”. To bardzo miłe miejsce. Będę potrzebowała zgody twoich rodziców, byś mogła wyjechać. W tym roku wybieramy się tam już za dwa dni, czyli w czwartek.
Przez klasę przeszedł cichy szmer zdziwienia. Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Po tej chwili nauczycielka wypuściła nas z sali.
* * *

Do nowego liceum muszę jechać dziesięć minut do centrum miasta, gdyż mieszkam na jego obrzeżach. Potem zostają mi trzy minuty drogi pieszo. Ten czas nie powinien być samotny, bo większość uczniów mieszka w innych rejonach niż środek. Tak jak podejrzewałam, gdy wyszłam ze szkoły, zostałam otoczona grupką zainteresowanych uczniów z nowej klasy. Była wśród nich Magda i Ewelina, jedna po mojej prawej, druga po lewej stronie. Poza nimi szli z nami dwaj chłopcy o brązowych, jasnych włosach.
–Czyli jesteś Iza, tak? – zaczęła rozmowę przewodnicząca szkoły, uśmiechając się promiennie. Szliśmy równym marszem, mimo że Ewelina zdawała się mieć krótsze nogi od wszystkich.
–Tak – odparłam.
–Zobaczysz, spodoba ci się u nas – mówiła wyraźnie i stosunkowo wolno, spoglądała mi w oczy.
–Mam nadzieję – zaśmiałam się. – W poprzednim liceum było beznadziejnie.
–W którym byłaś? – zapytała Ewelina, wtrącając się do rozmowy.
–W Szesnastce.
–W Szesnastce? Przecież ta szkoła ma szóste miejsce w rankingu!
–Tak, ale atmosfera w tej dziurze była masakrycznie sztywna, a ludzie przypominali szare stworzenia bez charakteru. Nauczyciele byli niesprawiedliwi. Cudem się tam dostałam, bo wszyscy inni powpadali tam po znajomośći.
–Wiadomo – mruknęła Ewelina. – Nasze liceum ma osiemnaste miejsce, więc nie jest tak źle...
–Poza tym, do naszej szkoły chodzą sami spoko ludzie – był wysoki. Jego twarz pokryta była wieloma pieprzykami i znamionami. – Zobaczysz, będzie ci się tu podobać.
–No, może oprócz kilku wyjątków – Magda uśmiechnęła się, zwracając twarz do chodnika. – Nasz gang to szkolny postrach. Patryk, Andrzej, Kuba i Rafał.
–Wyjątek potwierdza regułę – wyszczerzył krzywe zęby chłopak, po czym zwrócił się do mnie. – Jestem Łukasz.
–Miło mi – uśmiechnęłam się do niego, zadzierając głowę do góry.
Reszta rozmowy była bardzo sympatyczna. Śmiałam się. Czułam, że jest o wiele lepiej niż w poprzednim liceum. Dowiedziałam się, że drugi chłopak ma na imię Kacper i jest typowym „geekiem”, jak to określiła Ewelina. Faktycznie, miał kwadratowe okulary w grubych oprawkach i pod pachą trzymał jakąś książkę o komputerach. Był przyjazny i miał do siebie dystans, przez chwilę żartował z dziewczynami o swoim zamiłowaniu do science fiction i nauki. Dowiedziałam się także, że Łukasz lubi cynamon i ma słabość do wszelkiego rodzaju jaszczurek i węży. Magda udała, że krzywi się z obrzydzenia i zrobiła najbardziej grymaśną minę, na jaką było ją stać. Wyglądała tak komicznie, że nie mogliśmy się powstrzymać od głośnego śmiechu. Kilku przechodniów obejrzało się na nas. Pierwszy raz w życiu miałam wrażenie, że może zdobędę przyjaciół. Było to tak prawdziwe i ciepłe uczucie, że uśmiechałam się przez całą resztę rozmowy.
Gdy znaleźliśmy się na zatłoczonym przystanku autobusowym, okazało się, że Magda również mieszka na przedmieściach. Chłopcy ruszyli w kierunku południowej części miasta, a Ewelina została i czekała na mamę. Pożegnaliśmy się, a ja z nową koleżanką wsiadłyśmy do autobusu.
Musiałyśmy stać, bo ludzie i tak już ściskali się jak ogórki kiszone w słoiku.
–Ach, jaki dobry dzień – westchnęła dziewczyna. Zwróciłam uwagę na jej niesforne kosmyki opadające na skronie, błysk w oczach i bystre spojrzenie. Była piękna. – W końcu się zaczął ten rok szkolny. Całe wakacje na niego czekałam.
–Naprawdę? – zaśmiałam się. – Aż tak fajnie jest tu u was?
–Naprawdę – miała powagę w oczach. – Szczerze, nie lubię wyjeżdżać. Uwielbiam siedzieć na naszym mieście dwadzieścia cztery na dobę, spotykać się ze znajomymi i pić kawę w Starbucksie. Ale tutaj, nie zagranicą ani w innym województwie. A rodzice zawsze się upierają na jakiś wyjazd. W te wakacje byliśmy w Grecji.
Zaczęła rozwodzić się nad brudnym hotelem, w którym wylądowali. Słuchałam jej z uwagą i utrzymywałam kontakt wzrokowy. A przynajmniej starałam się. Spostrzegłam, że na siedzeniu tuż obok siedzi Edgar. Miał wzrok wlepiony w jakiś punkt w oddali. Jego oczy pozostały nieruchome, mimo że patrzył za okno. W uszach miał słuchawki.
Gdy przyszła kolej na Magdę, by wysiąść – ja miałam jeszcze jeden przystanek przed sobą – spojrzała na mnie uważnie. Zauważyła już, że mój wzrok co chwila ucieka do Edgara.
–Iza – powiedziała. – Musisz mieć się na baczności.
Przestałam gapić się na chłopaka i popatrzyłam na dziewczynę z uwagą. Jej ton był poważny.
–Oprócz paczki chłopaków... w naszej szkole jest kilka osób, które są... inne – rzekła. – Nie warto. Odrzuca wszystkich. Tylko zrani ci serce.
Choć z początku nie rozumiałam, o co chodzi, ale gdy pojęłam informację, Magda już stała na chodniku. Machała mi z uśmiechem. Zrobiłam to samo.
Na przystanku, na którym wysiadła dziewczyna, została także kobieta siedząca przedtem koło Edgara. Miejsca w autobusie przybyło.
Z wahaniem przysunęłam się do wolnego siedzenia. Obserwowałam uważnie chłopaka. Nie chciałam zignorować ostrzeżenia Magdy, ale... chciałam jeszcze raz spojrzeć w te oczy.
–Hej – powiedziałam w końcu i usiadłam obok. – Mogę się dosiąść?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Skrzywiłam się i pomachałam ręką przed twarzą zamyślonego Edgara.
–Halo! Halo!
Choć wydawało mi się to zabawnym rozpoczęciem rozmowy, chłopak nie zaśmiał się, tylko zdjął słuchawki z uszu i spojrzał na mnie z tą samą obojętnością, co w klasie. No, może nie do końca był taki neutralny – w jego oczach tańczyły iskierki gniewu.
–Co ty tu robisz? Czego chcesz? – zapytał zirytowanym głosem. Poczułam ukłucie w sercu.
–No... wracam tylko do domu – wybąkałam. Byłam zbita z tropu. Czemu jest taki... odpychający?
Nie odpowiedział, tylko rzucił mi zobojętniałe spojrzenie i wrócił do podziwiania szarego, brudnego, pokrytego ptasimi odchodami miasta. Był taki ponury. Ciekawe, dlaczego.
Wysiadłam na następnym przystanku. Powiedziałam mu tylko ciche „pa”, na które nawet nie uzyskałam odpowiedzi. Okej, niech sobie mnie ignoruje. Wcale nie potrzebuję go do szczęścia.


Ale może on potrzebuje mnie?

// Cześć!
Dawno mnie nie było, muszę trochę odświeżyć bloga. Dzisiaj przychodzę z two-lub three-shotem (właściwie nie wiem, czy można tak powiedzieć, ale jako że istnieje one shot - to czemu nie two shot xD), opowiadaniem pt. "Słońce wychodzi zza horyzontu". Pierwszy raz próbuję takiego gatunku, to dla mnie coś nowego, więc proszę podchodzić do tego z rezerwą xD. 
Chciałam jeszcze powiedzieć, że Gwiazdogród pojawi się zapewne niedługo, aczkolwiek nic nie obiecuję - w ogóle teraz wszystko będzie się pojawiać rzadziej i moja aktywność blogowa spadnie, a to wszystko spowodowane egzaminem gimnazjalnym. Trzeba się uczyć! A, no i weny brak, kiedy dookoła tyle stresu i nauki. Więc niestety, mała przerwa będzie, ale mam nadzieję, że wrócę w pełni sił :)
P.S. Źródło weny kreatywnespojrzenie.blogspot.com
 Pozdrawiam! \\
Czytaj dalej »