niedziela, 23 kwietnia 2017

Stara latarnia morska | #1

Część pierwsza.

Wiatr szumiał.
Deszcz padał.
Gdzieś z oddali grzmiały pioruny.
Las siedział cicho.
Yumiro klęczała w krzakach, obserwując latarnię. Czekała, aż światło w biurze dyrektora zgaśnie, a z budynku wyjdzie tęgi człowiek w okularach. Nauczyciel zawsze przesiadywał tam do późna. Prawdopodobnie czytał. Na wielu zajęciach wspominał o swojej pasji do książek. Między innymi dlatego był dla Yumiro autorytetem.
Reszta akademii leżała w mieście, tutaj czasami przychodzono na zajęcia. Część budynku, pod którą czychała studentka, była tylko i wyłącznie latarnią. Niegdyś wskazywała drogę statkom, teraz niestety była opuszczona. Dziewczyna zawsze widziała w tym niezwykłą symbolikę, bo akademia – do której należał ten zabytek – pokazywała światło nie tylko żeglarzom, ale też i uczniom. Ta szkoła była wyjątkowa. Yumiro specjalnie wyjechała na wyspę Radagas – żeby pójść do tego liceum.
Pan Aleksus był niezwykłym człowiekiem. Biuro w latarnii morskiej? Niesamowite. Dziewczymie przyszło do głowy, że może mężczyzna wcale tam nie czyta, tylko patrzy na wielki ocean? Rozmyśla o zachodzie, o tym, co niedawno wydarzyło się na stałym lądzie? A może tęskni za rodziną? Wszyscy wiedzieli, że cała rodzina pana Aleksusa zginęła podczas huraganu pięć lat temu. Dziewczyna zastanawiała się, jak to jest, kiedy wszyscy dokoła znikają. Nagle, bez ostrzeżenia. Dyrektor musiał być silnym człowiekiem. Yumiro nie była pewna, czy sama dałaby radę udźwignąć ten ciężar. Nie miała w swoim życiu wielu towarzyszy, ale ta garstka przyjaciół, których posiadała, oraz rodzice byli dla niej bardzo ważni.
Zgasło światło. Pan Aleksus po kilku minutach wyszedł z budynku. Zanim rozłożył parasol i ruszył w kierunku lasu – do miasta – spojrzał na niebo. Granatowe, zachmurzone i groźne. Mężczyzna stał tak dość długi czas. Yumiro jednak nie traciła cierpliwości. Tę cechę, która pozwalała jej stać w miejscu nawet dwie godziny i się nie znudzić, przypisywała kilku kroplom krwi nimfy, które płynęły w jej żyłach. Jej babcia była najadą. Już nie żyła, ale pozostawiła po sobie dużo śladów we wnuczce. Lazurowe, wielkie i wytrzeszczone oczy, turkusowo-błękitne pasemka we włosach, możliwość dłuższego oddychania pod wodą. Yumiro potrafiła nurkować nawet dwadzieścia minut, jeśli nabrała w płuca dużo powietrza. Gdy wychodziła na powierzchnię, jej skóra przybierała zielonkawy kolor, a spod jej pierwszej warstwy wystawało trochę łusek. Nawet stopy stawały się wiotkie i cieńsze, jakby przeistaczały się w płetwy. Najady wyglądały tak na co dzień, miały też możliwość przesiedzenia pod wodą całego życia. Yumiro kochała wodę, pragnęła mieć w sobie trochę więcej z wodnej nimfy. Chciała zanurkować na samo dno oceanu, ale ciśnienie wciąż jej doskwierało – mimo że trochę mniej niż zwykłemu człowiekowi.
Gdy pan Aleksus zniknął na ścieżce prowadzącej do miasta, dziewczyna wyskoczyła jednym susem z kryjówki. Otrzepała się z liści, które przyczepiły się do jej ubrania i pobiegła do latarnii. Dyrektor nigdy nie trzymał tego miejsca pod kluczem. Nie miał tam niczego ważnego, poza tym pewnie nikogo nie interesuje ten budynek.
Nikogo... oprócz Yumiro.
Dziewczyna otworzyła drzwi i weszła do środka. Jedynym dźwiękiem był oddech półnimfy, nawet deszcz był praktycznie niesłyszalny. Studentka pobłądziła ręką w ciemności, by znaleźć włącznik światła. Gdy je zapaliła, żarówka zamigotała trzy razy i w końcu słabym, żółtym światłem otoczyła pomieszczenie. Okrągłe, nieduże – jego więszkość zajęta była przez schody na górę. Z boku stało biurko, zasypane papierami i książkami. Yumiro podeszła do niego, spojrzała na bałagan. Na wierzchu leżał list. Zaadresowany do matki pana Aleksusa.
Dziewczyna poczuła się dziwnie. Odwróciła wzrok. Przyszła tu poczytać. Na kolejnym piętrze znajdowała się mała biblioteczka, w której można było znaleźć mnóstwo skarbów.
Yumiro wspięła się po metalowych schodach. Weszła w ciemność. Na tym piętrze nie było żadnej lampy. Dziewczyna wyjęła z kieszeni przemokniętej kurtki komórkę i włączyła latarkę. Pomieszczenie było malutkie, nie stało tu nawet żadne krzesło. Tylko mała biblioteczka przy ścianie, składająca się z kilku półek. Książki nie były posegregowane. Leżały, jedna przy drugiej, grube i chude. Gdyby nie Yumiro, byłyby zakurzone, a ich jedynymi użytkownikami stałyby się pająki.
Dziewczyna przesunęła palcami po zbiorze. Kiedyś policzyła dzieła. Było ich dwadzieścia pięć. Pięknych, mądrych powieści, naukowych tomów, ale przede wszystkim – marynistycznych ksiąg. O żeglarzach, podróżnikach, piratach, handlarzach. Te historie pociągały Yumiro najbardziej. Od kiedy pamiętała, zawsze uwielbiała wodę, oceany, morza, a nawet kąpiele. Studentka była teraz w trakcie czytania „Rybołóstwa” autorstwa Mirelli Nickon. Historia opowiadała o Luliusie, samotnym wędkarzu, który łowił ryby w jeziorze Klenn, obok którego mieszkał. Pewnego razu w swojej sieci znalazł syrenę. Była to miłosna powieść, mało prawdopodobna, ale bardzo wciągająca i – mimo wszystko – wiarygodna.
Yumiro nie zabierała książek do domu, bo bała się, że dyrektor zauważy, że czegoś brakuje. Choć było to mało prawdopodobne, mężczyzna był nieprzewidywalny. Poza tym, w latarnii dziewczyna mogła zostać tak długo, jak chciała i nikt jej nigdy nie przyłapał. Komu by się chciało odwiedzać to miejsce po dziewiątej w nocy? Zapewne tylko wariatom, a tych było na Radagas mało.
Yumiro znalazła stronę, na której skończyła. Została już jej tylko końcówka, dlatego dziewczyna powoli czytała, by delektować się słowami, które Mirella tak znakomicie dobierała. Jej historie były niesamowite.
Półnimfa miała w umyśle stworzony piękny obraz miłości. Mężczyzna, oddany swojej partnerce bardziej niż czemukolwiek innemu – romantyczny, kochający, z poczuciem humoru, przystojny i inteligentny. Bohaterzy książek Mirelli zawsze byli idealni, a świat wokół nich był utopijny. Yumiro miała dopiero szesnaście lat i mimo analitycznego, matematycznego i rozwiniętego umysłu pojęcie o świecie miała niewielkie. Dziewczyna nawet nie zdawała sobie sprawy ze swojej naiwności.
Gdy dziewczyna skończyła czytać, dochodziła dziesiąta. Szesnastolatka dopiero po przeczytaniu ostatniego fragmentu dowiedziała się o grupie wiekowej, dla której przeznaczona była książka – zdecydowanie nie była to młodzież – i gasząc latarkę w telefonie czuła, jak jej serce drży niespokojnie. Już nie mogła się doczekać spotkania ze swoim przeznaczonym ukochanym...
Yumiro wyszła z latarnii z radością. Deszcz już trochę ustał, teraz z nieba spadały tylko małe, nieśmiałe kropelki. Dziewczyna założyła kaptur na głowę. Zostawiała na piasku ślady trampek, zaraz rozmyte przez wodę. Spojrzała za siebie.
Latarnia jak zwykle wyglądała magicznie. Biała, z czerwonym paskiem pośrodku, z odpadającym ze ścian tynkiem. Szeroka plaża obmywana przez fale morza dodawała widoku piękna. Yumiro stała tak jeszcze chwilę, napawając się cudownym widokiem, i odwróciła się, po czym weszła w głąb lasu.
Uwielbiała tę ścieżkę. Dokoła niej rosły palmy o najgęstszych liściach, a także ogromne drzewa o tęgiej koronie. Było cicho. Nawet deszcz już całkowicie ustał, słychać było tylko kroki Yumiro i świerszcze grające swój koncert gdzieś w oddali.
Dróżka była magicznie oświetlona. To właśnie było piękne w Radagas – idealnym miejscem na wakacje. Nawet te małe ścieżynki, odnajdywane przez mało kogo, miały swoje własne latarnie – te ze świecącymi kamieniami we wnętrzu szybek wykopywanymi głęboko pod ziemiami wyspy. Do miasta stąd szło się dziesięć minut. Yumiro wsłuchiwała się w odgłosy natury. Z oddali słychać było szum morza.

/// Hej! Wena powraca w dziwny sposób. Mam mnóstwo nowych pomysłów.
Pewnie blog zaraz zostanie zawalony tysiącem one-shotów i krótszych historii.
Przewiduję następny Gwiazdogród dopiero w czerwcu lub w wakacje.
Do zobaczenia! \\\

poniedziałek, 6 marca 2017

Rozdział IV: Wielkie Otwarcie | #2 | Gwiazdogród

Ogromne drzwi otworzyły się na oścież. Za nimi Irien zobaczyła niewielką scenę pod ścianą oraz parkiet, na którym kilka dziewczyn ze śmiechem obracało się do rytmu muzyki dochodzącej z głośników – energicznej, ale cichej – a w każdym razie niewystarczająco głośnej na imprezę.
Lampy były zapalone, wyglądało na to, że dyskoteka dopiero co się rozpoczęła. Ściany zakryte były fioletowymi kurtynami, pod którymi stały krzesła. Przejście do sąsiedniej sali zasłaniała płachta zastępująca drzwi. Sufit unosił się wysoko ponad głowami Irien i Aerin.
–Spodziewałam się raczej, że... już się trochę rozkręcili – stwierdziła młodsza siostra.
–Gdy nie słyszałam muzyki na kilometr od sali, domyśliłam się, że się pospieszyłyśmy – odparła starsza brunetka, odrzucając włosy do tyłu.
Irien westchnęła.
–Anders powiedział, że zaczyna się o dwudziestej pierwszej.
–Tak. Ale tutejsze towarzystwo to młodziaki, tak jak my – mruknęła w odpowiedzi Aerin. – Nie dziwię im się, sama bym się spóźniła, gdyby nie twoja obsesja. Co ci strzeliło w ogóle do głowy, żeby uniewinnić jakiegoś Kaedesa...
Rozmowę przerwała wysoka dziewczyna o lawendowych włosach i fiołkowych, mądrych oczach. Miała ostre rysy, jej twarz zdawała się być rozciągnięta do góry. Dekolt różowej sukienki odsłaniał kawałek dużych piersi, długie nogi również były przesadnie wystawione.
–Cześć – powiedziała z wyraźnym akcentem. Pochodziła z Hedesu Środkowego, było to widać i słychać. – Jestem Milian – przedstawiła się, kładąc rękę na biodrze.
–Cześć – odparła młodsza siostra. – Ja Irien, a to Aerin.
Dziewczyna była w wieku około dwudziestu jeden lat. Miała ciekawy uśmiech. Jakby chciała powiedzieć równocześnie, że kocha i nienawidzi.
–Dopiero się rozkręca, ale znając Andersa, to będzie niezła impra – cmoknęła delikatnie. Sądząc po tym, jak wyrażała się o panu Gerts, nie miała dużego szacunku dla Szkolenia. – Jestem w klasie D. A wy?
Irien chciała odpowiedzieć, jednak tuż za nią drzwi do sali ponownie się otworzyły. Do środka wparował energicznie chłopak z Klovel. Od razu było widać: białe włosy, czerwone oczy, skośne źrenice. Miał na sobie czarne spodnie i białą bluzę z krótkim rękawem i kapturem.
–Dopiero sześć osób?! – zawył charakterystycznym dla mieszkańców południa głosem – niskim, głębokim i groźnym.
Wszystkie dziewczęta w sali zamarły, wpatrując się w przybysza ze zdziwieniem.
Ten, widząc, że jedynymi przybyłymi są dziewczyny, uśmiechnął się półgębkiem.
–No, no. To będzie ciekawa noc – stwierdził pod nosem. Zlustrował wciąż lekko zszokowane nagłym wejściem chłopaka przyszłe Wyszkolone.
Gdy dotarł wzrokiem do Irien, jego spojrzenie zmieniło się. Z zadowolonego i łapczywego przerodziło się w poważne, oszołomione i... dziewczyna nie była pewna, co było ostatnią nutką w jego oczach. Jednak przychodziło jej na myśl...
Intruz już odwrócił wzrok.
–Ja jestem Rins – przedstawił się, po czym energicznie zaklaskał w dłonie i podszedł do pierwszej lepszej dziewczyny – o brązowych włosach i oczach, niezbyt ładnej, z pozoru nieśmiałej.
Irien i Aerin wzruszyły ramionami jednocześnie. Milian znów cmoknęła. Młodsza siostra podejrzewała, że jest to charakterystyczna dla niej czynność.
–Co za bezczelny czubek – powiedziała. Irien uśmiechnęła się, powtarzając w myślach „obraźliwe” określenie. Język Milian zdawał się uroczy. – Dlatego nie lubię chłopaków.
Ostatnie zdanie powiedziała cicho i brunetka nie była pewna, czy na pewno tak brzmiało. Jednak nie miała czasu, by się nad nim zastanawiać, bo nagle muzyka zrobiła się głośniejsza.
Anders chciał rozkręcić towarzystwo.
Aerin położyła dłoń na ramieniu Irien.
–Będę w drugiej sali – mruknęła jej na ucho.
Dziewczyna uświadomiła sobie, że została sama. Jej siostra zniknęła za płachtą. Osiemnastolatka uśmiechnęła się. Wiedziała, że Aerin nie należała do tanecznych osób.
Z głośników płynęła coraz bardziej energiczna i żywiołowa muzyka, a zza drzwi przychodziło coraz więcej młodych osób. W końcu sala prawie całkowicie się wypełniła. Światła zgasły, kula imprezowa nad głowami przyszłych Wyszkolonych poszła w ruch. Irien dała się ponieść rytmowi imprezy – tańczyła, odrzucając co jakiś czas włosy do tyłu. Wydawało jej się, że czuje na sobie czyjeś spojrzenie, ale nie zawracała sobie głowy tym wrażeniem.
Krótko porozmawiała z dziewczyną obok o sposobie przydzielania do klas. Czarnooka szatynka podzielała jej zdanie o dziwactwie Andersa. Gerts zdawał się słyszeć ich rozmowę, bo muzyka znów stała się głośniejsza.
Było ciemno. Światła – fioletowe, niebieskie, czerwone – sunęły po twarzach zgromadzonych, po kurtynie na ścianach, po podłodze. Irien już dawno zapomniała, jak to jest oddać się takiej rozrywce – obracać się, widzieć mknące dookoła włosy innych, ucieszone spojrzenia, czuć jedność z rówieśnikami.
Rytm imprezy był prosty. Po dziesięciu minutach tańca uciekało się do pokoju z jedzeniem. I tak w kółko.
Alkohol lał się litrami. Irien nie miała pojęcia, który kieliszek już wypiła. Nie wiedziała, kto właściwie podaje jej naczynia – czasami widziała bladą, czasem śniadą, czasem brązową dłoń. Była pewna jednego – chce się bawić, dalej, więcej, mocniej. Muzyka płynąca z głośników była głównie dźwiękami syntezatorów i elektrycznej gitary. Działała pobudzająco. Irien tańczyła coraz bardziej wyzywająco i energicznie.
Gdy świat stał się fioletowo-granatowymi światłami, a ludzie przewijający się przed oczami dziewczyny wyglądali jak kolorowe, ruszające się dziwnie kształty, ktoś chwycił dziewczynę za ramię i wepchnął za kurtynę powieszoną na ścianie.
Irien od razu stanęła przed oczami wizja namiętnego pocałunku.
- Och, cóż z ciebie za porywacz – wybełkotała, mieszając słowa. Kołysała się niebezpiecznie, próbując wyostrzyć wzrok. Oparła się o ścianę, chichocząc i czkając. Wydęła usta, próbując wyglądać kusząco.
- Irien, co ty odwalasz? – usłyszała głos swojej siostry.
Dziewczyna obdarowała Aerin znużonym spojrzeniem.
- Ale dupa. Spodziewałam się... chłopaka... – mruknęła niezrozumiale. – Wiesz, robi się nudno... też byś znalazła se... takiego... wiesz... – kręciła lewą dłonią, próbując sobie przypomnieć słowo. – Przystojnego... i... bogatego...
- Irien, do cholery! Bredzisz. Idziemy do pokoju. Gdzie zostawiłaś kartę? – Aerin starała się utrzymać kontakt wzrokowy z siostrą, która odpływała coraz bardziej.
- K-kar... co? – wybełkotała Irien, chwiejąc się.
- Kartę! – Aerin potrząsnęła siostrą mocno.
- Aaa! U... tego miłego pana... – dziewczyna wskazała palcem drzwi, uśmiechając się. – Sam zaproponował, taki fajny – głos miała niezrozumiały.

Pamiętała jeszcze, że muzyka ustała, a ona i Aerin znalazły się na korytarzu. Potem już tylko czerń.

/// Wielka impra! Nie róbcie tego w domu.
Pamiętajcie! Alkohol jest be. 
Info: prawdopodobnie nastąpi teraz mała przerwa, od marca do przeklętych egzaminów gimbusjalskich w kwietniu. Postaram się wtedy coś z siebie wycisnąć, ale ciężko jest się zamknąć w swoim pisarskim świecie, gdy dokoła wszyscy cię nakręcają, żebyś się uczył, uczył i jeszcze raz uczył. Także... to będzie mniej aktywny miesiąc, aczkolwiek żywię nadzieję, że wrócę w pełni sił. Życzcie mi szczęścia. \\\

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozdział IV: Wielkie Otwarcie | #1 | Gwiazdogród

Irien i Aerin pojechały do Ośrodka Szkoleniowego wraz z Andersem jego limuzyną. Przejażdżka, choć trwała zaledwie dziesięć minut, dla ubogich dziewczyn była czymś niezapomnianym. Irien brakowało głośnego warkotu silnika motocyklu, ale wygoda i elegancja, jaką szczycił się ten pojazd, wynagrodziła jej tęsknotę za jej ulubionym środkiem transportu.
Ośrodek Szkoleniowy był ogromnym budynkiem, wyposażonym w najnowszą technologię. Ściany głównej części były przeszklone, widać było wjeżdżającą do góry windę oraz wielkie żyrandole na każdym piętrze. Dla sióstr ten widok zdawał się nierealny. W najśmielszych snach nie wyobrażały sobie, że trafią do tak luksusowego budynku.
Drzwi automatycznie otworzyły się przed trójką przybyszów. Anders wszedł, kręcąc złotymi kluczykami na dwóch palcach lewej ręki. Gwizdał głośno i zuchwale. Podszedł do sekretarki.
Parter był bardzo przestronny. Odchodziło od niego pięć odnóg, każda z nich podpisana dużą tablicą: ogrody, Arena, sale lekcyjne, stołówka i sala balowa. Podłoga była zasłonięta czerwonym dywanem. Całość oświetlał gigantyczny żyrandol, wyglądający jak milion zawieszonych na niewidocznych drucikach kryształków. W kątach stały przeróżne rośliny. Irien miała mętlik w głowie. Od nadmiaru luksusu w ostatnim czasie jej umysł był lekko zaćmiony.
–Witam pana, panie Gerts! – sekretarka zerwała się z fotelu i uśmiechnęła tak szeroko, że Irien miała wrażenie, że zaraz pękną jej wargi. – Czym mogę służyć?
–Clairr. Chciałbym zapisać te urocze dziewczęta do klasy D – Anders oparł się nonszalancko o blat. Był w średnim wieku, jeszcze trochę, i nazywano by go starcem, a zachowywał się, jakby miał najwyżej dwadzieścia pięć lat. – Daj im jakiś śliczny pokój – mrugnął do sekretarki, co spowodowało zniesmaczenie Irien. Zorientowała się, że mężczyzna w przeciwieństwie do Wizarda zupełnie nie przypadł jej do gustu. Może lekko zbzikował po tym, jak zabito mu większość rodziny.
Clairr zachichotała idiotycznie. Zirytowanie dziewczyny sięgnęło zenitu.
–Proszę, oto karty! Pokoik numer trzysta dziesięć.
Irien zerknęła na siostrę. Wyglądała na znudzoną całą tą sytuacją. Jedyne negatywne emocje wskazywała lekko skrzywiona do dołu warga.
Jazda windą przyprawiała obydwie dziewczyny o mdłości. Choć wspinaczka schodami na trzecie piętro nie była dobrym pomysłem, brunetki lekko zzieleniały po wjeździe.
Anders zostawił Aerin i Irien tuż przed pokojem.
–Pewnie już wiecie, ale otwarcie Szkolenia to nic oficjalnego. Robię wielką imprezę integracyjną. Przyjdźcie pojutrze do sali balowej o 21:00. W tym czasie możecie zwiedzić Ośrodek. Z tego, co pamiętam, jutro ma zmianę Julin... to bardzo miła sekretarka, możecie ją prosić, o co tylko chcecie, z chęcią was oprowadzi. A, i w środku znajdziecie pilot do świateł, telewizora, wzywania pokojówek, regulowania temperatury... właściwie do wszystkiego. Jego instrukcja leży na stoliku. Miłego Szkolenia, dziewczyny!
Po pożegnaniu Aerin otworzyła pokój, przykładając kartę do czytnika.
Mieszkanie było większe od domu, które siostry pozostawiły w Elbergu. Składało się z wielkiego salonu, w którym stał telewizor rozmiarów niedźwiedzia, łazienki z wanną, nad którą znajdowała się półka z mnóstwem kosmetyków, sypialni z dwoma łóżkami oraz małego korytarza, który witał gości tuż po wejściu.
Dziewczyny po pierwszym oniemieniu i zwiedzeniu mieszkania przybrały wyniosłe miny i pochwaliły jedynie ocieplaną podłogę, po czym wymieniły uwagi na temat zbyt małej ilości wieszaków. Szybko jednak roześmiały się, a Irien przez resztę rozmowy piszczała jak mysz.
–Tutejszy żel pod prysznic jest droższy od mojego motocykla!!! – Aerin ledwo zrozumiała, co siostra miała do powiedzenia, ale musiała się z nią zgodzić.
Irien napełniła wannę gorącą wodą, po czym nalała do niej losowo wybrane olejki – o zapachu lawendy, róży oraz niezidentyfikowany płyn w niebieskiej butelce. Litery na nim były w języku używanym w krajach zachodnich.
Przygotowując miksturę dalej, dziewczyna dodała turkusową sól do kąpieli oraz dziwną, różową kulkę, która po wrzuceniu do wody dziwnie musowała i rozpuściła się w mgnieniu oka. Woda nabrała intensywnie fiołkowego koloru.
Wejście do wanny było jak zanurzenie się w oleistym źródle pośrodku dżungli. Irien użyła żelu z pomarańczowej butelki, a potem zdecydowała się także umyć włosy cudownie pachnącym szamponem.
Kąpała się równo trzydzieści pięć minut, a gdy wyszła, zakręciło jej się w głowie. Przez cały czas uśmiechała się do siebie. Zapomniała o wszystkich troskach. Było perfekcyjnie.
Gdy w końcu wyszła z łazienki, Aerin leżała na łóżku. Czytała te okropne artykuły o zabójstwach.
Irien weszła do sypialni, po czym zrobiła zadowoloną minę i wygięła się w pozie przedstawiającej jej cudowne odświeżenie. Aerin nawet nie podniosła spojrzenia.
–Ale z nas idiotki. One wszystkie miały czarne włosy i niebiesie oczy.
Młodsza siostra wciąż się wdzięczyła, ale gdy spostrzegła, że nie przykuła niczyjej uwagi, skrzywiła się i odparła:
–Idź się wykąpać. Zapomnisz o wszystkim.
Aerin nie odczepiła się od komórki.
–Iri – powiedziała i w końcu podniosła wzrok. – Może powinnyśmy wracać? Jeszcze nie jest za późno.
–Chyba sobie żartujesz! Już za daleko zaszłyśmy. W Gwiazdogrodzie jest największa szansa na spotkanie Kaedesa, a poza tym tutaj pewnie znajdziemy też dowody...
–Czekaj, czekaj – przerwała Aerin. – Ty chcesz się z nim spotkać?
–No tak. Wtedy będzie o wiele łatwiej działać – wzruszyła ramionami Irien.
–O, nie, nie ma mowy. On może być mordercą. Iri, słyszysz mnie? – młodsza siostra poprawiała swój turban, który zawinęła na mokrych włosach. – To poważna sprawa. Mam wrażenie, że zbyt to wszystko bagatelizujesz.
–Niczego nie begetelizuję...
–Bagatelizujesz, nie begetelizujesz. Takie słowo nie istnieje – zauważyła Aerin tonem naukowca. – Przestań zachowywać się, jakby to wszystko była zabawa.
–Przepraszam – westchnęła Irien. – Faktycznie trochę zbyt się rozluźniłam.
–Dobra... ja idę się myć. Ty już możesz spać.
Młodsza siostra po takim dniu zasnęła od razu – gdy tylko opadła na łóżko.
Aerin prawie poślizgnęła się na mokrej podłodze w łazience. Irien wszędzie nachlapała. Dziewczyna westchnęła.
Jej kąpiel trwała dziesięć minut. Woda była przejrzysta, bo starsza siostra nie dodała do niej żadnego dodatku. Umyła włosy pierwszym lepszym szamponem. Przemyślała i poukładała w głowie wszystkie wydarzenia z tego dnia. Czy zamierza wrócić do domu za tydzień? A może jednak zostanie?
Dziewczyna w końcu stwierdziła, że nie będzie się ty zamartwiać na zapas i zobaczy, jak sprawy się potoczą.
Przed snem ucałowała młodszą siostrę w czoło. Uśmiechnęła się czule. Kochała Irien. Najbardziej na świecie. Tak bardzo się martwiła. Żeby tylko nic złego się nie wydarzyło...
Nagła opiekuńczość jednak minęła tak szybko, jak się pojawiła, gdy Aerin zobaczyła, że jej siostrzyczka ma na sobie piżamę w uśmiechnięte ananasy, która była na nią zdecydowanie za mała i powinna pójść na szmaty dobre trzy lata temu.
Westchnęła ze zrezygnowaniem i zgasiła światło, używając zwykłego włącznika. Pilota postanowiła na razie nie ruszać.

Śniło jej się, że tańczy w turkusowej sukni na scenie przed tysiącem twarzy, obracając się z gracją, skacząc i klaszcząc.

/// Kolejna porcja tekścidła. Mimo że mam dopiero 30 stron, już zaczęłam szukać wydawnictwa. Jakby ktoś miał coś godnego polecenia... pisać :D (choć i tak zapewne nic się nie uda, ale jeśli nawet nie spróbuję wydać książki, to na pewno tego nie zrobię). \\\

sobota, 18 lutego 2017

Rozdział III: Szkolenie | #2 | Gwiazdogród

Irien poczuła, jak pocą jej się ręce. Cała ta podróż była tak spontaniczna. Co właściwie chciała mu powiedzieć? Przykro mi, proszę pana, ale Kaedes nie zabił pana rodziny, wszyscy kłamią i to wszystko przez moją spaczoną inuicję.
–Widzi pan... – dziewczyna zagryzła dolną wargę.
W tej chwili z gabinetu Gertsa dobiegł ich głośny dźwięk. Pik.
Anders uśmiechnął się i wstał.
–Już przyszedł hamburger – powolnym krokiem ruszył ku drzwiom.
Irien spojrzała ze zgrozą na Aerin.
–Ale ze mnie idiotka! – schowała twarz w dłoniach. – Co my mamy mu powiedzieć? Kompletnie bez sensu zaplanowałam to śledztwo... powinnam najpierw zdobyć jego zaufanie i dowody... co my teraz...
–Ćśś! – Aerin uciszyła siostrę ze swoją neutralną, obojętną miną. – Słyszałaś o Szkoleniu?
–Szkoleniu? – Irien wynurzyła twarz ze swoich splecionych dłoni. – Chodzi ci o ten sześciomiesięczny program, który co roku prowadzi Anders?
–Otóż to – potwierdziła dziewczyna. W kącikach jej ust błąkał się uśmiech. Siostra była zdziwiona. Aerin nie miała w zwyczaju się uśmiechać, a jeśli już to robiła, to albo nieszczerze, albo z powodu jakiegoś chytrego podstępu, który wymyśliła. – Powinnam ci powiedzieć już dawno, ale chciałam sprawdzić, co ty wymyśliłaś, że tak się paliłaś do tej rozmowy z Gertsem. A jak widać – działałaś pod wpływem emocji i tak naprawdę chciałaś tu po prostu przyjść i zrobić wielkie głupstwo. – mówiła tonem psychologa. Irien czuła się młodsza, niż powinna. – Jak zwykle. Musisz nauczyć się działać ostrożnie i przemyślanie.
–Dobra, dobra, rozumiem – przerwała zirytowana dziewczyna. – O co chodzi z tym Szkoleniem, gadaj bo ten świr zaraz wróci...
–No jak to co? Zapiszemy się na to – Aerin uśmiechała się z dumą.
–Co?! – Irien prawie krzyknęła. Z gabinetu powoli wracał już Anders, trzymając wielką bułę z rybą.
–Oczywiście nie na całe sześć miesięcy. A przynajmniej nie ja. Ty tu zostaniesz, a ja... – Gerts już usiadł obok. Zatopił zęby w miękkiej skórce hamburgera. Irien poczuła obrzydzenie, widząc szczątki jedzenia, które zachowały się w kącikach ust mężczyzny.
–Chciałyśmy zapisać się na Szkolenie, proszę pana – Irien mówiła z pewnością w głosie.
–Tak? – Anders uniósł brwi. – A macie jakiś talent, który uratuje ludzkość?
Szkoleniem nazywano darmowym półroczny program nauczania pięciu klas dziesięcioosobowych, założony przez pana Gertsa. Lekcje odbywały się w Ośrodku Szkoleniowym w Gwiazdogrodzie. Uczniowie na weekendy mogli wyjeżdżać, były też ustalone terminy dłuższych wakacji – gdyż mało kto przetrwa tyle czasu w tym ciemnym miejscu. Szkolenie przyjmowało „nieoszlifowane diamenty”, ludzi, którzy albo skrywają w sobie potencjał, albo już go odkryli – i jest on niesamowity. Zwykle szkoli się tam potomstwo wielkich alchemików czy żołnierzy. Szkolenie zapewnia rozwinięcie umiejętności walki, refleksu, szybkiego działania, ale dba także o rozwój umysłu – medytacja, historia i matematyka były podstawowymi przedmiotami na Szkoleniu. Zwykle przyszli uczniowie są wybierani przez Gertsa, który dzięki pośrednictwu swoich ludzi wysyła e-maile do potencjalnych „nieoszlifowanych diamentów”. Czasami zainteresowani zwracają się sami do Andersa.
Szkolenie jednak wbrew pozorom nie cieszyło się dużym powodzeniem. Było bardzo prestiżowe, ale tylko dla wyjątkowych ludzi, którzy mają pewność, że przetrwają tyle czasu bez prawdziwego słońca. Poza tym, sława programu spadła po incydencie sprzed kilku lat, gdy jedna z uczennic została porwana i brutalnie zabita.
–J-ja... jestem bardzo zainteresowana alchemią. Przeczytałam chyba wszystkie możliwe książki i przepisy... ale nie stać mnie nawet na porządny kociołek.
–Nie ma powodu, by się wstydzić. Podobno Wizard uczył się tej pięknej sztuki na garnkach mamy w dzieciństwie – zaśmiał się Anders. Irien zdziwiła się, bo nie wspomniała nic o wstydzie - nigdy też go nie odczuwała z powodu małej ilości pieniędzy.
–He, he – wydobyła z siebie Aerin. Jej siostra odwróciła się w stronę dziewczyny z niedowierzaniem. To był najsztuczniejszy i najbardziej suchy śmiech, jaki kiedykolwiek słyszała. Co to było? A może po prostu nieudany kaszel?
Aerin jednak spojrzała na Irien znacząco.
A, tak. Trzeba mu się podlizywać.
–He, he, he – młodsza siostra starała się śmiać przekonująco.
Anders wydawał się być bardzo zadowolony ze swojej anegdotki z dzieciństwa Wizarda.
–Lubię was – powiedział i nadgryzł hamburgera. – Akurat brakuje nam dwóch miejsc. Macie wyjątkowe szczęście – uśmiechnął się, pokazując resztki jedzenia między zębami. – Żartuję, tak naprawdę została nam jedna cała wolna klasa i trzy miejsca w D. Zapiszę was do niej.
–N-naprawdę? – Irien była bardzo zaskoczona brakiem popularności Szkolenia.
Gerts zmienił wyraz twarzy na delikatnie zdenerwowany. Chyba nie spodobało mu się, że nikt nie zaśmiał się z jego przezabawnego żartu.
–Ha, ha – Aerin miała jeszcze okropniejszy śmiech niż przedtem. Irien poczuła zażenowanie.
–Ha, ha, ha – wydobyła z siebie. Również nie brzmiała przekonująco, ale Anders i tak wydawał się być zadowolony.
–A ty? – zapytał Aerin, żując hamburgera.
–Co ja?
–Czy masz jakiś ciekawy talent?
–Och, nie... właściwie to... chciałam tylko pobyć pierwszy miesiąc z siostrą, pomóc jej się zaaklimatyzować. Mam nadzieję, że to nie będzie problem, jeśli wrócę do domu po tym czasie?
–Ależ oczywiście, że nie. Mamy z dziesięc osób, które zapisały się tylko na pierwszy semestr i kilka miłych ludzi, którzy tak samo jak ty pomagają rodzinie. Podejrzewam, że i tak tak wam się spodoba, że zostaniecie na całe Szkolenie.
Aerin zrobiła kwaśną minę.
–Tylko ja mam pracę...
–Aż tak ci na niej zależy? W takim razie niech pocieszy cię fakt, że nasi najlepsi uczniowie dostają miesięczne stypendium w wysokości tysiąca sztuk złota.
Aerin wytrzeszczyła oczy.
–Tysiąca?...
–Tak. Tysiąca. Nie podaję tej informacji każdemu. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali na Szkolenie dla rozwoju, a nie pieniędzy. Ale dla ciebie będzie to motywacja.
–A, i jeszcze coś. Jutro jest Wielkie Rozpoczęcie, ale zapewne już o tym wiecie, prawda?
Irien i Aerin zakrztusiły się.
–Żartuję – mężczyzna w poważnej miny przeszedł w rozbawiony uśmiech. – Otwarcie dopiero pojutrze.
Dziewczyny wytrzeszczyły oczy jeszcze bardziej. Aerin myślała, że zaraz wylecą jej z orbit.
–He, he, he – zaśmiała się Irien. Brzmiała jak zepsuty robot.


/// Reszta rozdziału. Krótko dość. Hołp ju lajk it.  \\\

czwartek, 16 lutego 2017

Cienie Przeszłości

/// Cześć, kilka słów wstępu - wyjątkowo, bo zwykle odzywam się na dole - to jest one-shot na zimowy konkurs, którego wyników na razie się nie doczekaliśmy, ale ja i tak wrzucę swoje opowiadanie, bo nie chce mi się już czekać. To po pierwsze. Po drugie - jeśli zamierzasz czytasz, ostrzegam, że ten byk ma 13 stron. Polecam rozłożyć to sobie na dwa kawałki, aczkolwiek jeśli masz ochotę i chwilę, polecam przeczytać jednym ciągiem. Po trzecie - chciałam jakoś połączyć opko z Gwiazdogrodem, więc akcja rozgrywa się w Glorin - państwie obok Księstwa Gwiazdy. 
Szczerze tekst nie uważam za wybitny, ale może kogoś zmotywuje do działania w trudnych chwilach. Zapraszam :) \\\

~ ~ ~

W górach są najpiękniejsze widoki.
Perys widzi całe miasto Alfos. Jest białe. Wszędzie pada śnieg. W domach palą się ciepłe światła. Całość wygląda jak zamrożony w chwili rój świetlików.
Chłopak stoi na szczycie najwyższej góry kraju – Alsmith. Upadek z takiej wysokości byłby pewną śmiercią. Miejsce to jest otoczone małymi pagórkami, na których rośnie mnóstwo krzaków i drzew. Perys bierze głęboki wdech, rozkoszując się zimnem wpływającym do jego piersi. Zamyka oczy. Świat wokół niego jest ogromny. Jest jeszcze tyle gór, które musi zdobyć. Wolność, jaką czuje, wypełnia go całkowicie, wymusza uśmiech. Alsmith była ciężkim wyzwaniem, a jednak mu podołał. Czemu zawsze wspina się o ciemnych porach? Kiedy widoki są prawie niewidoczne?
Bo nigdy nie chodziło mu o widoki.
Chodziło o siłę, o tę chwilę, w której jedynym, co chce się zrobić, to spojrzenie przed siebie.
Perys widzi tuż obok siebie wybrzuszenie skały – zaśnieżone i oblodzone. Kusi go.
Jest na szczycie, a jednak może być wyżej.
Chłopak nie opiera się temu. Pokaże wszystkim, że może.
Widzi dwa warkocze, złośliwy uśmiech, czerwoną jedynkę, uniesiony palec, mokrą od łez kartkę i okrągłe, zbite okulary.
Zaciska pięści. W oczach ma determinację.
Jest wysoko. Ale pokaże wszystkim, że może być wyżej. Nie dostrzega, że zaszedł daleko. Widzi, że może być dalej.
Wyciąga przed siebie nogę, czuje chłód w kościach, zimno wiatru, śnieg na skórze. Chwyta dłonią lodowatej wypustki w skale – podpiera się, odbija i uderza brodą o ścianę. Słyszy zgrzyt, ignoruje drżenie kończyn, zaciska drugą rękę na krawędzi. Skacze, prostuje ręce, napręża mięśnie i widzi lód. Zamyka na chwilę oczy. Wychyla się, kładzie tors na oblodzonym podłożu. Jest.
Powoli wstaje, widząc, jak dygocą mu kolana – uśmiech sam wychodzi mu na twarz. Słyszy swój własny, zagłuszany przez wiatr, śmiech.
–Jestem najwyżej! – wrzeszczy w przestrzeń, przerywając na chwilę radosną czkawkę. – Widzicie mnie?! Bogowie! – odchyla głowę, widzi śnieg padający na niego z nieba, czuje, jak wpada mu za kołnierz, do buzi i oczu. – Jestem wyżej od was! Wyrywam się, to ja! Perys! – łzy same popłynęły. To uczucie, które nim zawładnęło, było nie do opisania – chłopak nie nazwałby go szczęściem, ale też nie smutkiem. Był jak ptak, który uwolnił się z klatki.
Po kilku chwilach rozpościera ramiona, wolno i niepewnie. Czuje śnieg, coraz gęstszy, i zimno, coraz mocniejsze. Słyszy świst. Wiatr go zabrał.
Myślał, że jest mu wszystko jedno, czy zginie, czy nie – sądził, że nie ma nic do stracenia i nikt za nim nie zapłacze. Jednak w tej chwili poczucie wszechobecnej wolności zniknęło, zastąpione piekielnym niepokojem.
Stopa sama mu się ześlizgnęła. Uderza plecami o skałę. Widzi gwiazdy. Żołądek podchodzi mu do gardła, serce bije dwa razy szybciej.
Przez moment krótszy od sekundy czuje nieważkość, a potem zabiera go ciemność. Dłońmi poszukuje krawędzi skały, jednak łapie powietrze – musi się odwrócić. Łokciem uderza z impetem w ścianę Alsmith, wyciąga rękę, szukając wypustki. Przed oczami ma śmierć.
Spogląda w dół. Zanim zobaczy ostry szpikulec skalny pod sobą, jego wyobraźnia uderza go, pokazując drobną sylwetkę spadającą w przepaść obok góry Alsmith. Widzi siebie, jakby Bóg zesłał mu obraz, który on ogląda z oddali. Czuje się mały, nic nieznaczący i drobny. Takich spadających z wysokości samobójców jest tysiące, i każdy z nich jest jak mała kropelka wody wpadająca w morze innych – takich samych.
Zobaczył ją. Skałę, wypiętą ostrym końcem w jego kierunku, wystającą z płaskiej ściany Alsmith. Słyszy świst powietrza. To tylko sekundy.
Dociera do niego, że udało mu się odepchnąć od ściany i chwycić kolec. Wisi. Nad przepaścią. Góra jest taka wysoka. Między nim a ziemią jest jeszcze duża odległość. Za duża.
Perys uspokaja się, zamyka na chwilę oczy, po czym otwiera je i rozgląda się.
Choć niewiele widać przez wirujący na wietrze śnieg, chłopak dostrzega obok siebie wybrzuszenie w skale, wystarczająco duże, by wyrosło na nim małe drzewko i krzak. Bez wahania przeskakuje na nie. Wylądował na samej krawędzi – traci równowagę, znowu spada. Okazuje się jednak, że wypustka była w rzeczywistości stabilnym podłożem należącym już do ziemi – u podnóża Alsmith było mnóstwo małych górek złączonych ze sobą. Natrafił na najwyższą. Teraz chłopak toczy się chwilę po lodzie, po czym natrafia na kamień wystający z górki. Uderza w niego brzuchem, czuje ból – próbuje okręcić się na plecy, jednak kamień okazuje się zbyt mały na ten manewr. Perys znów spada kilka metrów, ląduje na kolejnej, niższej górce, uderzając w nią lewą nogą z ogromnym impetem – słyszy trzask łamanej kości.
Stąd toczy się kilka metrów w dół, nic już nie widząc prócz ciemności i gwiazd. Kiedy jego ciało zatrzymuje się, czuje dookoła siebie tysiąc igieł i przez sekundę czuje zapach świerku. Potem słyszy, jak gałęzie łamią się pod jego ciężarem, a on upada na ziemię. Płaską, stabliną. Otwiera oczy.
Stwierdza, że wylądował za czyimś domem w ogrodzie – stoi tu szopa i kilka drzew, dookoła leżą grabie, łopata i inne narzędzia. Cały ogród wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Panował tu taki chaos, że Perys zapamiętał tylko to jedno – to był najgorszy bałagan, jaki w życiu widział.
Potem widok zasłoniła mu ciemność.

~ ~ ~
1.

Chłopiec wpatrywał się w ciemne niebo. Była dopiero dwudziesta pierwsza. Rion zawsze wolał lato od zimy, która kojarzyła mu się z obumieraniem wszystkiego dokoła. Balkon, na którym stał, był szeroki, i prócz niego zajęło już na nim miejsca mnóstwo ludzi – głównie par – czekających na północ. Był tak wysoko. Sięgnął językiem do słomki i wysiorbał resztki oranżady. Opierał się o barierkę dzielącą go od przepaści. Pod nim rozciągało się pięknie oświetlone miasto Alfos.
Mimo starannie założonej czapki, niesforny kosmyk białych włosów wymsknął się spod materiału. A intensywnie czerwonych, świecących delikatnie w ciemności oczu nie był w stanie ukryć. Tak samo nienaturalnie bladej skóry. Jego matka pochodziła z Klovel – odziedziczył po niej wygląd zewnętrzny. Rion przeprowadził się do Glorin pięć lat temu.
Patrzył przed siebie. Myślał tylko o jednym – jak się nie wyróżniać? I czemu to akurat on musi wyglądać jak mutant?
–Mamusiu, czemu on ma takie dziwne oczy? – usłyszał głos małej dziewczynki obok siebie. Odwrócił głowę. Zobaczył pulchne dziecko w żółtej sukience, o dużych, niebieskich oczach i brązowych włosach splecionych w dwa warkoczyki. Patrzyła na niego z zaciekawieniem. Jakby podziwiała obiekt badań albo dziwne żyjątko pod mikroskopem. A nie, jakby spoglądała na człowieka.
Jej mama, stojąca tuż obok, uśmiechnęła się ze skrępowaniem.
–Złotko, nie mów tak... – po czym obydwie odwróciły się od niego. Kobieta coś tłumaczyła dziewczynce, gestykulując z zapałem.
Rion oderwał ręce od barierki i odwrócił się na pięcie. Ruszył w kierunku wejścia do galerii. Czuł napierający na jego serce ucisk w klatce piersiowej, słyszał krzyk w głowie. Jesteś inny. Jesteś odmieńcem.
Wyrzucił papierowy, kolorowy kubek po oranżadzie do kosza na śmieci. Galeria handlowa była pełna ludzi, którzy kupowali zapasy na świętowanie nowego roku na ostatnią chwilę – były to głównie otyłe panie w średnim wieku. Dwóch na oko pięcioletnich chłopców wybiegło ze sklepu, a za nimi rzuciła się w pogoń siwa kobieta. Ze sklepu z bielizną wyszła zadowolona z zakupu młoda dziewczyna o długich, jasnych włosach. Na fotelu nieopodal siedziało małżeństwo w średnim wieku, patrzące na siebie maślanymi oczami.
Rion tak się zamyślił, że dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że ktoś stuka go w plecy.
–Dzień dobry, chłopcze – usłyszał męski głos. Odwrócił się i spojrzał w oczy ochroniarzowi galerii. Mężczyzna do garnituru miał przyczepiony identyfikator – Tiggs Mircell.
–Dzień dobry – powiedział bez strachu chłopiec. Podejrzewał, że ochroniarz chce zawiadomić go o pokazie fajerwerków, który odbędzie się o północy, albo że wrzucił kubek po oranżadzie do złego pojemnika...
–Gdzie są twoi rodzice? – zapytał niespodziewanie ochroniarz.
Rion poczuł, jak pocą mu się ręce.
–Eee... gdzieś... blisko – wydukał, wiedząc, że powiedział coś kompletnie pozbawionego sensu.
–Tak? A ile masz lat? – pochylił się nad nim mężczyzna. Rion zbladł. Przypomniał sobie, jak wyglądał, gdy spoglądał dziś rano w lustro – czyli wtedy, gdy szykował się do ucieczki. Przez założoną czapkę wyglądał na młodszego o co najmniej dwa lata, a niski wzrost odejmował mu jeszcze rok. Na dodatek miał na sobie puchową, dziecięcą kurtkę, która ciągle była na niego dobra, mimo że kupiła ją mu mama na jego dwunaste urodziny.
Przełknął ślinę.
–Piętnaście – zaryzykował, mówiąc prawdę.
–Tak? W takim razie pokaż legitymację.
–N-nie mam przy sobie... – jego własny głos zdawał mu się piskliwy i dziecięcy. Zacisnął zęby.
–Bo jak dla mnie, mały, masz jakieś dwanaście lat. I powinieneś być pod opieką rodziców. Takie małe brzdące jak ty nie bawią się w sylwestra poza domem – ochroniarz miał miły uśmiech, jednak Rion patrzył na niego ze zgrozą.
–Eee... – rozejrzał się. Wzrok padł na parę, która kilka chwil temu siedziała na fotelu – teraz wolnym krokiem szli w kierunku wyjścia. – Tam są moi rodzice! – krzyknął, po czym podbiegł do zakochanych.
Postukał w ramię mężczyzny. Ten odwrócił się w jego stronę ze zdziwioną miną.
–Dzień dobry – przywitał się ochroniarz. – To państwa zguba?
Para wyglądała na bardzo zaskoczoną. Zbyt zaskoczoną. Rion ledwo powstrzymał się od westchnięcia ze złości. Pewnie ochroniarz już domyślił się kłamstwa.
W końcu odezwała się kobieta.
–Nie, nie znamy tego chłopca – Rion zacisnął zęby jeszcze mocniej. Cholera.
Ochroniarz już przenosił wzrok pełen triumfu ze zdziwionego małżeństwa na chłopaka, jednak tego już tu nie było – zrozumiał, że jedyne, co mu zostało, to ucieczka.
–Hej! – usłyszał za sobą. Nawet się nie odwrócił. Biegł ku wyjściu – na ulicach Alfos chodzi teraz zapewne mnóstwo ludzi. Jego jedyna szansa – zgubić tego upierdliwego ochroniarza w tłumie.
2.

–Co to było? – zapytała staruszka, wlepiając wzrok w okno. Wiedziała, że mówi sama do siebie. Zawsze tak robiła, gdy jej wnuczka była nieobecna – czyli praktycznie ciągle. – Czyżby jakiś kotek albo bezpański piesek?
Babcia nałożyła na siebie kubrak i podeszła bliżej szyby. Na dworze szalała nawałnica – jeszcze przed chwilą było spokojnie, a teraz wiatr wył niemiłosiernie. Na szczęście niewystarczająco głośno, by zagłuszyć dźwięk łamanych gałęzi. Staruszka zmartwiła się lekko drzewem – było to jedyne drzewko w całym ich zabałaganionym ogrodzie. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, było tu mnóstwo kwiatów i roślinności, ale od wielu miesięcy babcia już ledwo chodziła i nie miała sił na podlewanie i dbanie o rośliny. Jej wnuczka natomiast twierdziła, że jest to kompletnie niepotrzebne i byłaby to tylko strata czasu.
Za oknem zobaczyła ludzkie ciało.
Staruszka wrzasnęła i otworzyła drzwi na mały taras na tyłach domu, po czym rzuciła się w kierunku – jak sądziła – zwłok, zapominając o swoich problemach zdrowotnych. Zbliżyła się do nieruchomego ciała i chwyciła leżącą nieopodal łopatę. Stuknęła lekko człowieka. Nie poruszył się. Babcia zidentyfikowała go jako młodego chłopaka w czarnej, grubej kurtce i szerokich spodniach. Była przekonana, że do jej ogrodu spadł trup.
Jednak staruszka nigdy nie była osobą strachliwą.
–A cóż to za truchełko? – mamrotała do siebie, choć nawet nie słyszała swojego głosu przez wiatr. – A to ci dopiero... samobójstwa to dzisiaj na porządku dziennym, pewno rzucił się z naszej małej górki, biedaczysko...
Odrzuciła łopatę. Nie miała wystarczająco dużo siły, by wziąć chłopaka w ramiona, jednak mogła zaciągnąć go za rękę do domu.
–Bezczeszczenie zwłok – mamrotała do siebie, ciągnąc za sobą człowieka. – Przepraszam, młodzieńcze, ale to jedyny sposób...
Gdy stanęła w progu, by odpocząć, główne drzwi naprzeciwko otworzyły się gwałtownie. Do środka weszła zamaszystym krokiem wnuczka staruszki. Gdy zobaczyła swoją babcię stojącą w drzwiach, trzymającą za rękę bladego chłopaka – jak wywnioskowała, trupa – otworzyła szeroko buzię i stanęła jak wryta.
–Oj, wnusiu, to nie tak... – kobieta z zakłopotaniem weszła do środka. – Lepiej mi pomóż, znalazłam go w ogródku. Postaw go na foteliku.
Gdy dziewczyna otrząsnęła się z osłupienia, natychmiast znalazła się przy babci i pomogła jej położyć „truchło” na fotelu obok kominka, w którym trzaskał ogień.
–Co się stało? – zapytała, gdy chłopak leżał bezwładnie na krześle, a jego twarz oświetlał ciepły blask płomyków. Miał łagodne rysy. Jego popękane, sine usta były lekko rozchylone. Włosy koloru mosiądzu były potargane i wzburzone, sterczały w nich patyki, liście i śnieg. Na brodzie miał duże zadrapanie. Delikatny zarost pokrywał jego szczękę, przez co chłopak wyglądał nieco starzej i wnuczka w pierwszej chwili pomyślała, że to dwudziestoparoletni mężczyzna – jednak gdy przyjrzała mu się lepiej, dostrzegła, że jest raczej w jej wieku, czyli osiemnastu lat.
–Siedziałam sobie spokojnie przy kominku, a tu nagle bum, trach i w ogrodzie leży trup.
–Skąd babcia wie, że jest nieżywy? – dziewczyna sięgnęła szyi chłopaka, by sprawdzić mu puls.
–Cóż, najprawdopodobniej zleciał z naszej górki. Inaczej skąd by się znalazł na naszym drzewie?
–Żyje – dziewczyna otworzyła szeroko oczy, po czym spojrzała ze zdziwieniem na babcię. – Jakim cudem?
–Ojejku – staruszka podrapała się w głowę.
–Upadek z Alsmith to pewna śmierć – wnuczka zmarszczyła brwi. – Albo tak naprawdę stamtąd nie spadł, albo miał wyjątkowe szczęście...
–To nie pora, by myśleć, kochanie – staruszka ściągnęła z siebie kubrak, po czym udała się do kuchni. – Zrobię mu herbatki z cukrem.
Dziewczyna zdjęła buty chłopaka – pod nimi miał skarpety w uśmiechające się rysunkowe renifery. Ustawiła jego stopy przed kominkiem, po czym zaczęła rozpinać zaciśnięty na szyi kołnierz. Wtedy chłopak otworzył oczy.
W pierwszej chwili dziewczyna niczego nie zauważyła i dalej zdejmowała mu kurtkę. Dopiero gdy chłopak zamknął usta, zobaczyła kątem oka ruch i natychmiast odskoczyła od niego.
Nic nie mówił. Przyglądał się jej. Miał jasne, niebieskie tęczówki i rozszerzone źrenice. Była to najdziwniejsza chwila w życiu dziewczyny – patrzyli na siebie, jak jej się zdawało, wieczność. W końcu chłopak zamknął ponownie oczy. Wnuczka szybko otrząsnęła się z dziwnego transu i powróciła do rozpinania jego kurtki.
–Kim jesteś? – wymamrotał. Jego pierś unosiła się i upadała wolno. Miał zdarty, niemelodyjny głos.
–Keria Vars – przedstawiła się.
–Nie, nie – chwycił jej dłoń, powstrzymując od zdejmowania kurtki. Wciąż miał zamknięte oczy, a jego ręka była zimna jak sopel lodu. – Kim jesteś?
Dziewczyna nie zrozumiała.
–Mówię przecież – powiedziała, a w jej głosie pojawiła się nuta irytacji. – Keria Vars.
Otworzył na kilka sekund oczy, po czym ponownie je zamknął. Keria odsunęła się od niego, uwalniając się ze słabego uścisku jego ręki. Z kuchni wróciła babcia. W dłoniach trzymała kubek parującej herbaty.
–Co z nim?
–Nic – odparła szybko wnuczka i skrzyżowała ręce na piersi. – Bez sensu mu zrobiłaś tej herbaty, nie wygląda, jakby miał się obudzić.
Babcia, zmartwiona, odłożyła kubek na kominek.
–Miałam nadzieję, że uda ci się go ocucić...
Stały tak kilka chwil w milczeniu, nie wiedząc, co teraz począć. Chłopak westchnął głęboko nagle i otworzył oczy raz jeszcze.
–Och! Całe szczęście! – babcia sięgnęła po kubek i wcisnęła mu do rąk. Ofiara upadku była blada i osłupiała.
–Jak ja żyję? – zapytał intruz, wpatrując się w ciecz. Jego palce stawały się powoli czerwone. Kerię zdziwiło, że nie poparzył się. – Jak?
–Chłopcze, nie wysilaj się zbytnio – babcia uśmiechnęła się serdecznie. – Wypij herbatki i siedź spokojnie.
Młodzieniec westchnął raz jeszcze. Wpatrywał się w kubek jak w hipnozie.
–Która godzina? – zapytał zmęczonym głosem.
–Dziewiętnasta, kochanieńki – odpowiedziała staruszka. – Idę przygotować łóżko – szepnęła do wnuczki i wyszła z salonu.
Chłopak nie wyglądał na zaskoczonego. Jego palce nerwowo gładziły powierzchnię kubka.
–Jestem Perys Aremos – powiedział, spoglądając na Kerię.
Na chwilę zapadła krępująca cisza.
–Jesteś z Hedesu? – zapytała, choć tak naprawdę nie interesowało jej to zbytnio. Jego pochodzenie wywnioskowała z niecodziennie spotykanego imienia.
–Nie – odpowiedział. – Z Radagas.
Była to wyspa blisko Południowego Hedesu.
–Co robiłeś na Alsmith? – pytała dalej Keria. Oparła się o kominek.
Perys uśmiechnął się powoli.
–Byłem... w niebie – odpowiedział. Miał taki dziwny głos, że dziewczyna przez chwilę naprawdę mu wierzyła.
–Gdzie byłeś?
–W niebie – powtórzył.
Keria wywróciła oczami.
Chłopak wypił łyk herbaty, po czym odchylił głowę i oparł ją o fotel. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że marszczy brwi i krzywi się, jakby coś go bolało.
–Co się dzieje? – zapytała.
–Nic – jęknął. – Boli mnie noga...
–Która?
–Lewa.
Przykucnęła obok niego. Odsunęła nogawkę spodni ponad kolano. Na nodze od kolana do kostki rozciągała się krwawa szrama.
–Chyba jest złamana – szepnął Perys.
Dziewczyna bez słowa pobiegła do kuchni. Wróciła po kilku chwilach. Trzymała w dłoniach bandaże i opatrunek oraz zatkaną korkiem fiolkę z jakimś złotym płynem.
–Nie mamy eliksiru regeneracji, ale wypij przynajmniej tę miksturę uśmierzającą ból – powiedziała i kucnęła przy nim. Podała mu do ręki naczynie. Opatrzyła mu ranę. Jej ruchy były sztywne, pozbawione emocji. Czuła na sobie spojrzenie chłopaka. Mimowolnie zaczerwieniła się delikatnie. – Już – wstała jak najszybciej, jak mogła, i wlepiła wzrok w swoje dzieło. – Pewnie masz jakichś znajomych w Alfos, zadzwoń do nich, niech cię odwiozą...
Perys pokręcił głową.
–Dzięki – przerwał jej. – Ale jestem sam.
Keria zdziwiła się.
–A ile masz lat?
–Dziewiętnaście.
Dziewczyna była zaskoczona, że taki młody chłopak podróżuje samotnie. Zwykle w tym wieku ludzie jeżdżą na wakacje z przyjaciółmi.
–Trudno. Wytrwam... – jednak zaciśnięta szczęka chłopaka i cierpienie wypisane na twarzy mówiło co innego.
Keria popatrzyła na pogodę za oknem, zastanawiając się.
–Tu, przy Alsmith, pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie – powiedziała w końcu. – Podejrzewam, że za chwilę ta nawałnica minie. Wtedy pojedziemy do Alfos i kupimy eliksir.
–Dzięki – wyjęczał chłopak.
Keria miała nadzieję, że zdążą wrócić do domu przez północą. Chciała spędzić sylwestra tak jak zawsze – sam na sam z babcią, w domu, przy książce. Dziewczyna nie zauważyła, że staruszce już dawno znużyło się takie „świętowanie”. Kobieta chciała zobaczyć fajerwerki na żywo, w Alfos, a nie na małym ekranie telewizora, który stał w kuchni i jego sygnał ciągle się psuł. A Alsmith zasłaniała wszystkie pokazy.
–Pomóż mu przejść do sypialni – do salonu weszła niespodziewanie babcia.
–Ale ja... – zaprotestował chłopak.
–Cisza – staruszka skrzyżowała ręce na piersi. – Łóżko czeka.
Keria zmarszczyła brwi.
–Skoro jest dopiero dziewiętnasta, jest jeszcze czas. Pojadę z nim do Alfos, kupię mu ten eliksir i odstawię do jakiegoś hotelu. Kiedy wrócę, będzie jakaś dwudziesta druga.
–W taką śnieżycę? Keria, zwariowałaś? – babcia chwyciła się za głowę.
–Proszę pani... – chłopak skrzywił się delikatnie. – Ona ma rację. Chcę pojechać do miasta.
–Właśnie. Jedziemy natychmiast – powiedziała dziewczyna. Staruszka nie wydawała się być zła, wręcz przeciwnie – wyglądała na szczęśliwą. Mimo że przed chwilą protestowała.
Perys wyjął korek z fiolki i wypił za jednym zamachem zawartość.
–Dobrze – zgodziła się kobieta. – Jedziemy natychmiast.
–Bez ciebie, babciu! – podniosła głos Keria. – Jesteś już zbyt...
–Zbyt stara, żeby podróżować? To chciałaś powiedzieć? Moja kochana, umiem sobie poradzić. W mieście nie byłam od jakiegoś roku. Jadę z wami i koniec. Chcę zobaczyć fajerwerki.
–Co roku je widzisz!
–Tak, na ekranie malutkiego telewizorka! – babcia parsknęła.
–A co to za różnica, czy widzisz jakieś głupie światełka na żywo czy w transmisji, która zresztą też jest na żywo?
–Jest różnica – wtrącił się Perys.
Staruszka uśmiechnęła się przyjaźnie.
Keria zacisnęła zęby.
–W porządku. Pojedziemy razem.
3.

Samochód – a właściwie mała ciężarówka – należący do Kerii był brudny, ale przystosowany do jazdy w terenie. Nawałnica ustała. Teraz tylko sypał śnieg.
Perys czuł się wykończony. Podczas podróży zasnął. Eliksir uśmierzający ból uczynił cud – chłopakowi zdawało się, że złamana noga jest całkowicie zdrowa. Jednak pogłębił delikatnie jego senność.
Wciąż nie mógł zrozumieć, że jeszcze żyje. Spadł ze szczytu Alsmith. Szanse na przetrwanie były praktycznie zerowe. To, ile miał szczęścia, było kolejnym cudem.
Staruszka, w której ogródku wylądował, wydawała się bardzo miła. W przeciwieństwie do jej chłodnej córki. Keria była ładna, jednak Perys czuł bijące od niej zimno.
Kierownicę trzymała oczywiście dziewczyna. Chłopak już dawno nauczył się nie zważać na stereotypy (mówiące o kobiecych umiejętnościach jeżdżenia), ale rozluźnienie i skupienie, z jakim prowadzona była ciężarówka, dały mu niesamowity spokój. Zasnął szybko.
Do Alfos dotarli dwie godziny później. Keria była rozczarowana tym faktem, bo nie zgadzało się to z jej kalkulacjami.
–To wszystko jest bez sensu – burczała, gdy udało jej się zaparkować na jakimś podziemnym parkingu, pełnym tirów i ciężarówek. – Gdzie się zatrzymamy na noc? Nie zamierzam balować do rana.
Do Perysa dotarło, że ma rację. Nic konkretnego nie ustalili. Odprowadzą go do apteki, a potem – do widzenia. Chyba że babcia naprawdę uwzięła się na ten pokaz fajerwerków.
Gdy wysiedli, chłopaka uderzył smród papierosów i spalin. Skrzywił się. Wyszedł z samochodu, opierając się na podarowanych przez staruszkę kulach. Jego wzrok natychmiast skierował się na Kerię – przewodniczącą wycieczki.
–Dobra – westchnęła dziewczyna. – Idziemy do apteki.
Całą trójką wyszli z parkingu. Alfos było dużą tętniącą życiem metropolią w dolinie trzech gór – Alsmith, Grell i Triady. Na ulicach roiło się od turystów, zwłaszcza, że był to wyjątkowy, ostatni dzień roku. Latarnie oświetlały lśniący asfalt, wieżowce wskazywały ciemne niebo strzelistymi dachami. Dokoła słychać było szum i rozmowy ludzi. Była już dwudziesta pierwsza – jeszcze tylko trzy godziny i zacznie się nowy rok. Perysa owiała melancholia.
–Całe szczęście, w Glorin apteki działają bez względu na święta, weekendy czy cokolwiek innego – uśmiechnęła się Keria. Chłopak przebudził się z refleksji i przyspieszył kroku. Kule wciąż znacznie go spowalniały. Nawet babcia szła szybciej od niego.
Faktycznie, eliksir regeneracji dostali bez problemu. Perys w swojej kurtce znalazł trochę pieniędzy, wystarczająco dużo, by kupić miksturę samemu. Napełniło go to pewną satysfakcją.
Gdy wyszli, chłopak przysiadł na pobliskiej ławce i wypił złoty płyn. Już kiedyś zażywał eliksiry regeneracji, w szkole podstawowej i gimnazjum. Za pierwszym razem skręcił kostkę, za drugim złamał rękę. Wtedy mikstury były o wiele droższe i ich dostępność była ograniczona, ale rodzice zawsze chcieli dla swojego chłopca jak najlepiej. Perys dostał nudności, gdy przypomniał sobie o dawnych, okropnych czasach.
–Wszystko w porządku? – zapytała niespodziewanie Keria. – Jesteś zielony jak szpinak.
Porównanie, którego użyła, lekko wytrąciła chłopaka z równowagi. Zaśmiał się cicho.
–Tak, jest okej – odpowiedział.
–Kochani, ja już pójdę zająć nam miejsca na balkonie – powiedziała nagle babcia. Perys zwrócił uwagę na jej ekscytację. Jeszcze w domu była smutna i ponura, a gdy tylko przyjechali do Alfos, zaczęła wręcz tryskać radością. – W galerii „Gwiazdka”, oczywiście! A wy idźcie kupić coś do jedzenia. Ja poproszę Dr. Pippira...
Keria spojrzała z przerażeniem na staruszkę.
–Że co, babciu? Pójdziesz tam sama?
–Tak, kochanie. Nie martw się o mnie. Teraz trwa wojna o ostatnie dobre miejsce. Jeszcze zdążę!
Wnuczka była osłupiała.
–Nie możesz...
–Keria. Jestem starsza od ciebie. Wcale nie musisz się mną opiekować. Poradzę sobie – babcia spojrzała dziewczynie w oczy. – Kupcie te smakołyki i przyjdźcie do mnie.
We wnuczce coś pękło. Zgodziła się niemrawo.
Staruszka uśmiechnęła się, i przez kilka sekund wyglądała dwadzieścia lat młodziej. Perys w brązowych oczach dostrzegł podobieństwo do Kerii.
–Bawcie się dobrze. Możecie przyjść nawet za dwie godziny. Ale musicie zdążyć na fajerwerki.
Perys już wiedział, że ten sylwester będzie inny niż wszystkie. Coś się zmieniało. Szybko i nieodwracalnie.
* * *

Keria z niezadowoleniem skrzyżowała ręce na piersiach. Kierowali się w stronę centrum, w którym były najlepsze pizzerie na całym globie. Wizja ciepłego posiłku była tak kusząca, że dziewczyna nie mogła się oprzeć pomysłowi Perysa, który wcześniej zostawił niepotrzebne już kule w ciężarówce.
–Zjemy tę cholerną pizzę i kupimy jakieś chrupki do pokazu – oświadczyła, gdy szli obok siebie na chodniku. – Nie chcę, żeby babcia za długo była sama.
Perys przytaknął. Był małomówny. Chłopak intrygował Kerię. Jednak dziewczyna nawet sama przed sobą nie potrafiła się do tego przyznać.
Gdy tak szli, wydychając parę z ust, słuchając szumu rozmów dokoła i ocierając się o siebie rękawami kurtek, prosto na nich wpadł niski, czerwonooki chłopiec w puchowej kurtce. W pierwszej chwili dziewczynie zdawało się, że jest to dwunastolatek, ale po chwili dostrzegła, że musi on mieć co najmniej czternaście lat. Perys zatoczył się delikatnie.
–Co jest? – Keria ze zirytowaniem odsunęła od siebie zdyszanego nastolatka. Ciągle oglądał się za siebie ze zdenerwowaniem.
–Błagam... pomóżcie mi.
Po chwili obok przybysza pojawił się mężczyzna w czarnym garniturze. Ochroniarz. Plakietka mówiła: „Tiggs Mircell”.
–To są moi rodzice – powiedział znaczącym tonem chłopiec, wskazując na dwójkę nowo poznanych.
Keria przez sekundę stała jak wmurowana. Rodzice? Przecież ona ma osiemnaście lat. Fakt, wygląda na nieco starszą, ale...
–Tak, a co się stało? Znowu coś zmalował? – zapytał Perys odmienionym głosem. Brzmiał starzej i mądrzej. W jego spojrzeniu i zachowaniu również coś się zmieniło. Chwycił chłopca za ramię, popatrzył na mężczyznę z zaniepokojeniem. Keria zauważyła, że z tym wzrostem i ubraniami przypomina trochę młodego, roztargnionego męża.
A ona? Jest bardzo wysoka. Wyższa od wielu dziewczyn w jej wieku. A twarz ma dojrzałą.
To się może udać.
–Pomyliłem rodziców z tamtymi ludźmi, bo mieli podobne ubrania... przestraszyłem się, a potem przypomniałem sobie, że mama i tata zostali na zewnątrz... – chłopiec lekko się jąkał, co zniecierpliwiło Kerię.
–Nasz malec ma problemy z pamięcią – powiedziała i zbliżyła się do mężczyzny. – Ogólnie... ma problemy. Jeśli pan rozumie.
–Dobrze, dobrze – Tiggs westchnął ciężko. – Niech państwo lepiej go pilnują na przyszłość.
–Tak, oczywiście. Dziękujemy panu bardzo – odezwał się Perys.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i zawrócił. Szedł w kierunku galerii „Gwiazdka”.
–Dziękuję! Tak strasznie dziękuję – uradował się chłopak.
–Kim ty w ogóle jesteś? I gdzie twoi prawdziwi rodzice? – zapytała Keria.
–Jestem Rion. I uciekłem z domu.
Dziewczyna była zbita z tropu po raz kolejny. Atmosfera w jej rodzinie zawsze była przyjemna. Nie potrafiła zrozumieć. Jej rodzice zmarli, gdy miała dwanaście lat, a ten chłopiec ucieka od nich specjalnie?
–Nie zrozumcie mnie źle... po prostu chciałem inaczej zacząć ten rok – powiedział Rion. – No i... to, że jestem... inny... też mnie stamtąd wykurzyło.
–Inny? – zdziwił się Perys. Keria również była zaskoczona. Chłopak po prostu pochodził z Klovel. To powód, żeby uciekać z domu i czuć się innym?
–Nie zauważyliście? Mam czerwone oczy. Jak mutant – rzekł ponuro Rion.
–Co ty za bzdury wygadujesz? – zapytał Perys. – Twoi rodzice na pewno umierają z niepokoju.
–Pewnie tak... ale nie wytrzymałem. Na moim osiedlu wszyscy traktują nas jak odmieńców... zresztą, czemu wam to opowiadam? – chłopiec skrzywił się. – Nawet was nie znam. Dzięki za pomoc. Ja spadam.
–Hej, hej! – Perys chwycił go za ramię, gdy ten chciał zawrócić. – Nie ma mowy.
–Co jest? – zdenerwował się Rion.
–Chciałeś inaczej zacząć ten rok, tak? – uśmiechnął się chłopak. – To tak jak my.
–Ja nie chciałam... – zaprotestowała Keria.
–Daj spokój – spojrzał jej w oczy Perys. Dziewczyna poczuła coś bardzo dziwnego, coś, czego jeszcze nigdy nie czuła. Jej serce załopotało szybciej. Co się dzieje?
–Niech wam będzie – westchnął Rion. – Na pewno spędzenie czasu z jakąś dziwną, obcą parką wyjdzie mi na dobre.
–Zdziwiłbyś się – uśmiechał się dalej Perys. Keria zagryzła dolną wargę.
–Po pierwsze, nie jesteśmy parą. Po drugie – idziemy w końcu na tę pizzę? – zapytała.
–Na pizzę? – ucieszył się Rion.
–Tak. Potem kupimy jakieś dobre chrupki i pójdziemy na balkon widokowy w „Gwiazdce”. Babcia Kerii zajęła nam miejsce.
–Super! – chłopiec wyglądał na bardzo szczęśliwego.
Dziewczyna czuła, że coś się zmienia. Bardzo szybko, diametralnie i nieodwracalnie.

* * *

Pizza była wyśmienita. Rion miał jeden powód, dla którego zgodził się na ten dziwny układ – czuł się coś winien Perysowi i Kerii. Za jedzenie zapłacił chłopak, żeby choć częściowo spłacić swój dług.
Dwójka nastolatków była trochę dziwna, ale czas, który z nimi spędził, był cudowny. Rozmawiali o wszystkim. O pizzy, o nauce, o babci Kerii, o alchemii – a na koniec temat zszedł nawet na męskie bokserki. Rion nie miał pojęcia, jak to jest mieć przyjaciół. Dotychczas miał tylko znajomych, a większość z nich okazała się być fałszywa. Nikt za nim nie przepadał, a to wszystko przez jego inność.
Chłopiec zmarkotniał, gdy przypomniał sobie o swoich czerwonych oczach, białych włosach i bladej skórze.
–Co jest? – zapytał Perys, gdy razem z Kerią komplementowali wygodę, którą się czuje, mając na sobie za duże majtki, a Rion nawet się nie uśmiechnął.
–Nic – odpowiedział natychmiast chłopiec.
Tak bardzo im zaufał. Wydawali się zupełnie inni od ludzi, których spotykał w szkole. Jednak wciąż czuł dziwną blokadę, która nie pozwalała mu powiedzieć o tych wszystkich rozterkach, które w sobie nosił od tylu lat.
Po pizzy nastolatkowie kupili w pobliskim sklepie różnorodne chrupki, krakersy, paluszki i picie. Keria na początku próbowała przekonać Riona do zdjęcia czapki, bo w budynku nie wypada nosić (pizzę jedli na ławce na placu), ale nie udało jej się to. Chłopiec za bardzo wstydził się swoich białych włosów. Perys pomógł mu pozbyć się namolnej nastolatki.
–Daj spokój – powiedział. – To część image'u.
W końcu dotarli na balkon. Babcia Kerii była bardzo sympatyczna. Zajęła im bardzo dobre miejsca, tuż obok barierki. Ludzie wokół tłoczyli się niemiłosiernie, dzieci krzyczały. Niespodziewanie zaczął prószyć śnieg. Delikatne płatki opadały na głowy nastolatków.
–Jest już wpół do dwunastej, kochani! – cieszyła się babcia. Otworzyła już dwie paczki chipsów i z zadowoleniem wpychała je sobie do buzi.
Rion, Perys i Keria oparli się o barierkę. Byli na brzegu balkonu. Chłopiec czuł się rozluźniony i szczęśliwy.
Wiedział, że coś się w nim zmieniało. Bardzo szybko, diametralnie i nieodwracalnie.
4.

Perys patrzył na Kerię. Śnieg udekorował jej niebieską czapkę z pomponem, opadł na długie rzęsy. Był tak lekki i delikatny, ledwie widoczny, a jednak padał. Zima wciąż dawała o sobie znać.
–Śmiesznie się złożyło – zaczął mówić Rion. – Gdyby ktoś mi powiedział, że ta ucieczka przyniesie mi dwóch nowych, świetnych znajomych i że jeszcze zjem z nimi najlepszą pizzę w Glorin, to bym go wyśmiał. Zawsze myślałem, że nie nadaję się do przyjaźni.
–Dlaczego? – zapytał Perys. – Jesteś spoko gość.
–Jak to dlaczego? – Rion znów spochmurniał, spuścił wzrok. – Jestem inny.
–A ty znowu z tym? – chłopak zirytował się. – Dlaczego masz taką obsesję na tym punkcie? W Glorin jest mnóstwo ludzi z innych krajów. Sam pochodzę z Radagas, ale jakoś nie mam przez to kompleksów.
–Dlaczego? – Rion nie wytrzymał. – Powiem wam, dlaczego. Muszę to z siebie wyrzucić. Duszę to w sobie od pięciu lat! Bo wtedy się przeprowadziliśmy do tej cholernej dziury.

~ ~ ~

Jest dumny. Ze swoich śnieżnobiałych, zadbanych włosów, ze swoich rubinowych oczu w kształcie migdałów, ze swojej bladej, niezdrowej skóry. Wygląda inaczej, jednak wygląda pięknie. Do szkoły przychodzi z uśmiechem wypisanym na roześmianej, zadowolonej twarzy. Ma swój pierścionek rodowy. Z inicjałami: R.H.
Dzieci rzucają mu dziwne spojrzenia. Jedna dziewczynka dotyka jego włosów, jest zafascynowana. To daje jeszcze jeden powód do dumy.
–Są białe – mówi. – Bielusieńkie...
Wtedy podchodzi do nich ubrany na czarno chłopczyk, starszy o rok, ze swoją paczką.
–Tak, są białe – śmieje się. – Co, gołąb ci narobił na łeb?
Nie. Głupcy.
Jeszcze inny dzień. Tydzień później. Ta sama dziewczynka. Nieśmiało podchodzi do Riona, patrzy prosto w jego oczy.
–Są czerwone – mówi. – Jak rubiny...
Sytuacja się powtarza. Jednak tym razem chłopiec wie, że ten starszak jest bratem dziewczynki.
–Tak, są czerwone – śmieje się szyderczo. – Bo co, dzidzia płakała całą noc?
Nie. Głupcy.
Czy inni uczniowie nie patrzą na niego z obrzydzeniem? Czy ten chłopiec nie odsunął się przed chwilą od niego? O, a tamta dziewczyna z najstarszej klasy? Czy przed sekundą nie spojrzała na niego, szepnęła coś do przyjaciółki – i czy teraz nie śmieją się razem z jego włosów?
Dlaczego nauczyciele zaczęli dawać mu gorsze stopnie? Codziennie się uczy. Odpowiada na pytania bezbłędnie.
Czy nie jest teraz tak, że jedynymi osobami, z którymi rozmawia, są rodzice?
Dlaczego nauczyciel od matematyki spogląda na niego spode łba?
Co w nim jest takiego, że wszyscy na przerwie idą po drugiej stronie korytarza?
Znowu ta dziewczynka. Jest już dwa lata starsza. Ma piękne, jasne włosy, i cudowny uśmiech.
Podchodzi do niego. Dotyka jego ręki.
–Jest taka jasna... – mówi.
Chce powiedzieć coś jeszcze, ale już zjawia się ten chłopak.
–Tak, bo co, bo zbladłeś z przerażenia na mój widok?
Głupcy.
Kolejny dzień. Noc. Dzień. Noc.
Nikt już z nim nie rozmawia.
Dzień. Noc. Dzień. Noc.
Na osiedlu, na którym teraz mieszkają, jest kilku chłopców w jego wieku. Nie chcą się z nim bawić. Na jego widok – uciekają.
Dzień. Noc. Dzień. Noc.
Teraz, wstając rano, nie widzi pięknego, wyjątkowego chłopaka – widzi odmieńca, z którym nikt nie chce się zadawać. Chce wyrwać sobie włosy. Wydłubać oczy.
Byle tylko być normalnym.

~ ~ ~

–Dlatego uciekłem – odezwał się chłopiec. – Chciałem być jak najdalej od szkoły, osiedla, rodziców.
Przez chwilę panowało milczenie.
–Rion – zaczął Perys. – Wiem, że znamy się tylko dzień. Wiem, że ciężko będzie po tym wszystkim mnie wysłuchać. Ale i tak to powiem. Zgadzam się – jesteś inny. Masz czerwone oczy i białe włosy. Ale to tylko wygląd. Jeśli ktokolwiek tu ma problem, to ci idioci z twojej szkoły. To, że nie jesteś taki sam jak oni, nie znaczy, że powinieneś się chować i nienawidzić samego siebie. To kompletna głupota.
Rion patrzył przed siebie.
–Nie kryj się. Ja też jestem inny.

~ ~ ~

Ma stwierdzone problemy. Z psychiką. Łatwo go zdenerwować. Nie panuje nad gniewem.
Inne dzieci trzymają się z dala od niego. Nie wini ich za to. Sam by się od siebie odsunął.
Pojawia się dziewczyna – uśmiechnięta, piękna, mądra. Zawsze ma najlepsze oceny. Jasne włosy nosi spięte w dwa warkocze.
Nie ma u niej szans – zawsze dostaje dwóje, uchodzi za niezrównoważonego psychicznie.
Jednak próbuje. Daje z siebie wszystko. Na następny sprawdzian, z matematyki, uczy się jak nigdy dotąd. Przychodzi do szkoły pewien siebie.
Jedynka. Napisana czerwonym długopisem. Uniesiony palec nauczycielki – grozi mu. Jeszcze jedna taka ocena i nie przepuści go do następnej klasy.
Kartka ze sprawdzianem już jest mokra od łez.
Jego najlepszy przyjaciel zdradza go. Perys widzi jego złośliwy, kpiący uśmiech. Razem z innymi chłopcami obgaduje go jedną półkę obok. W bibliotece. Myśli, że on go nie słyszy.
Coś w nim pęka.
Po chwili okrągłe okulary jego najlepszego przyjaciela leżą na podłodze. Zbite.
Perys słyszy swój przyspieszony oddech, widzi krew. Nie panuje nad sobą. Jest potworem. I wszyscy uczniowie już o tym wiedzą.
~ ~ ~

–Dlatego zacząłem chodzić po górach – powiedział nieobecnym głosem Perys. – W szkole się dusiłem. Miałem wrażenie, że zawsze będę gorszy. Że zawsze będę potworem. W końcu udało mi się ujarzmić wewnętrzny gniew. Już nie mam problemów. Ale wciąż uprawiam trekking. Szczerze mówiąc, miałem cichą nadzieję, że kiedyś z jakiejś góry spadnę.
Razem z Rionem wpatrywali się gdzieś przed siebie.
–Ale coś zrozumiałem po tym, jak w końcu to się stało. Spadłem z Alsmith. I przeżyłem. Chcę żyć, jeśli przeznaczenie mnie uratowało.
Zapadła cisza.
Odezwał się Perys, po jakichś pięciu minutach.
–A jakie są twoje cienie przeszłości, Kerio?

~ ~ ~

Śpiewa. Odkąd pamięta. Chodzi po domu i krzyczy. O wszystkim. Sama komponuje. Umie grać na pianinie i gitarze, sama się nauczyła. Jest samoukiem. Jest inteligentna. Jest geniuszem.
Dlatego jej umysł nie powinien się zmarnować. Powinna zostać lekarzem, prawnikiem, kimś, kto zmieni świat.
Jednak ona zawsze chciała śpiewać.
Rodzice jej w tym nie wspierają. Kochają ją, chcą dla niej jak najlepiej – ale nie rozumieją jej hobby.
Żeby pokazać, że to jej przeznaczenie, Keria zgłasza się na konkurs.
Jednak gdy chwyta mikrofon, jej serce zbyt szybko bije.
Rodzice są na widowni.
Ma tylko zaśpiewać.

Zielone jabłuszko
Z drzewa właśnie spadło
Kto ma koszyk, zbierze
I da...

I da... komu da? Komu?
Zimny pot pojawia się na czole Kerii. Komu? Komu da?
Nie pamięta.
To koniec.
Ze wszystkich stron docierają do niej tylko dwa słowa: ucz się.
Może faktycznie to jedyne, co jest ważne.

~ ~ ~

–Nadal chcę śpiewać – dziewczyna wpatrywała się w jakiś punkt w oddali razem z dwójką nowych przyjaciół. – O niczym innym nie myślę.
–Keria – odezwał się Perys. Spojrzał jej prosto w oczy. Zmusił do popatrzenia na siebie. – To śpiewaj.
Ludzie na balkonie zaczęli odliczanie.
Dziesięć, dziewięć, osiem...
Cała trójka mimowolnie chwyciła się za ręce. Zamknęli oczy.
Siedem, sześć, pięć...
To będzie nowy rok.
Cztery, trzy, dwa...
Inny rok.
Jeden.
Ciemne niebo rozjaśniły petardy.
Keria, Perys i Rion wiedzieli, że coś się w nich zmieniło. Zostawili cienie przeszłości za sobą. Teraz będą tylko patrzeć przed siebie.